22 lutego 2017

"Szepty dzieci mgły i inne opowiadania" T.Canavan

Po zbiory opowiadań sięgam dosłownie od święta. Wynika to z faktu, iż wolę długie, rozbudowane, wielowątkowe powieści zamiast krótkich historyjek, które kończą się zanim zdążę się wciągnąć. Po antologię autorstwa popularnej pisarki fantasy, Trudi Canavan, sięgnęłam przez przypadek - książkę wypatrzyłam za grosze na promocji w jednym z dyskontów i postanowiłam zakupić. Tomik leżał jakiś czas na półce, aż wreszcie postanowiłam dać mu szansę. Przyznaję szczerze, że całkiem miło się zaskoczyłam. Na zaledwie dwustu stronach otrzymujemy pięć krótkich historii, opatrzonych komentarzem autorki. Opowiadania dosyć się od siebie różnią, ale łączy je pewien szczegół - elementy fantastyczne. W końcu pani Canavan jest znana ze swoich powieści o magach (Trylogia Czarnego Maga, Trylogia Zdrajcy, Era Pięciorga). 

Rozpocznę od pierwszej historii, tytułowej i, według mnie, najgorszej z całego tomiku. Być może moja opinia o "Szeptach dzieci mgły" wynika z tego, że nie spełniło ono moich oczekiwań, które postawiłam już w czasie lektury. Otrzymujemy niedługą opowieść o pewnej sorze, o której właściwie za dużo nie wiemy. Obserwujemy niewielki wycinek z jej życia i możemy odnieść wrażenie, że to tylko część większej całości. Gdyby do tego opowiadania i stworzonego w nim świata przedstawionego dodać kolejne (i poprzednie) wydarzenia, mogłaby powstać naprawdę świetna powieść. Nie mniej jednak, otrzymujemy tylko opowiadanie, które nic nie wnosi. Co ciekawe, autorka w swoim komentarzu mówi o tym, że całość była skracana, bo w pierwotnej formie nie została przyjęta przez wydawcę. Kto wie, może w pierwotnej wersji wypadłoby lepiej?
"Ze straszliwych wypadków mogą narodzić się dobre rzeczy, jeśli tylko wyciągniemy wnioski z naszych błędów i zapiszemy to, czego się nauczyliśmy, dla wszystkich pokoleń."
Dla kontrastu, kolejną historię z tego zbioru - "Szalony uczeń" - uważam za najlepsze. Jest to opowieść z uniwersum wspomnianej już wcześniej Trylogii Czarnego Maga. Poznajemy przede wszystkim Tagina, ucznia Gildii Magów, a także jego siostrę Indrię. Oś fabularna opiera się na pewnym czynie młodzieńca, ale również na relacji rodzeństwa. Ta druga szczególnie przypadła mi do gustu. Historia ta pokazuje, że więzy krwi i miłość braterska potrafi być silniejsza niż wszystko inne. To też doskonały przykład na to, że nierzadko serce góruje nad umysłem i zdrowym rozsądkiem. Bohaterowie zostali dobrze skonstruowani i, po raz kolejny to napiszę, przeczytałabym o nich w formie powieści. Chciałabym, aby autorka kiedykolwiek rozwinęła niektóre wątki.

W pamięci zachowała mi się również "Markietanka". Opowieść była intrygująca od samego początku aż do końca, nawet po poznaniu pewnej tajemnicy skrywanej przez główną bohaterkę. Tę historię czytało mi się zdecydowanie najszybciej, za wszelką cenę chciałam poznać, co skrywa tytułowa markietanka. To kolejne z opowiadań, które może przypominać uniwersum Czarnego Maga, stworzone przez autorkę. Natomiast kompletnie inny klimat, ale również magiczny, mają dwie ostatnie historie z tomiku: "Przestrzeń dla siebie" oraz "Biuro Rzeczy Znalezionych". Są to bardziej współczesne historie, które mogłyby się zdarzyć, gdyby tylko magia istniała (a może istnieje, ale jest to ściśle skrywana tajemnica?). Pomysły, którymi Canavan podzieliła się z czytelnikami w tych opowiadaniach, naprawdę przypadły mi do gustu.
"Vorl jest jak miecz, którego używa się i wyrzuca, kiedy się stępi. Doradcy są niczym zwoje albo księgi - korzysta się z nich wiele razy. Nie uderzysz wroga książką i nie pójdziesz następnie radzić się miecza, prawda?"
Na koniec kilka słów o wydaniu tomiku. Galeria Książki postarała się o twardą oprawę, a na okładce została umieszczona czarodziejka w długim płaszczu - dosyć charakterystyczny znak dla twórczości autorki. Również czcionka, którą zapisano nazwisko Canavan, powtarza się na innych jej książkach. Przejdźmy jednak do wnętrza, gdzie spotkamy się ze sztywnymi i zaskakująco grubymi stronami. Momentami może to nieco utrudniać wertowanie książki. W środku spotykamy się również z dosyć dużą czcionką. Te dwa aspekty nieco sztucznie dodają objętości całości.

Podsumowując, zbiór opowiadań jest miłym czytadłem na jeden czy dwa wolne wieczory. Są tutaj ciekawsze i mniej interesujące opowieści. Sądzę, że całość przypadnie do gustu raczej fanom twórczości autorki, a niekoniecznie osobom, które jej nie znają. Raczej nie polecam rozpoczynać swojej przygody z Canavan od właśnie tej pozycji. Dobrze jest zacząć od jej chyba najgłośniejszej Trylogii Czarnego Maga. Wielu miłośnikom fantastyki powinna ona przypaść do gustu.

★★★★★★✰✰✰✰

|| Szepty dzieci mgły i inne opowiadania || Trudi Canavan ||
|| liczba stron: 202 || Galeria Książki || przekład: Agnieszka Fulińska ||
|| fantastyka || fantasy || zbiór opowiadań ||

18 lutego 2017

Stosik lutowy (2/2017)


W ostatnim czasie przybyło do mnie trochę książek. Niektórych może to zaskoczyć, ale dopiero teraz zdecydowałam się na kupno nowych lektur przez Internet - nie spodziewałam się, że można przez to aż tak mocno oszczędzić! Przykład? Proszę bardzo: za książkę o cenie okładkowej 45 zł zapłaciłam... niecałe 14 zł. :D Gdzie takie okazje - o tym napiszę dalej. Oprócz zakupów, kilka książek udało mi się wygrać w ostatnim czasie w konkursach, a pozostałe oczywiście z biblioteki.  
  • "Kuzynki" Andrzej Pilipiuk - Miłośnikom polskiej fantastyki nazwisko autora z pewnością jest znane. To będzie moje pierwsze spotkanie z twórczością pana Pilipiuka i, mam nadzieję, że niezwykle udane. O "Kuzynkach" czytałam całkiem dobre opinie. Książkę przytargałam z raju książkoholików - biblioteki.
  • "Szklany tron" Sarah J Maas - Książka, o której jakiś czas temu było niezwykle głośno. Twórczość autorki zbiera zaskakująco dobre opinie na blogach, a więc sama postanowiłam się przekonać, czy wywrze na mnie takie wrażenie. Egzemplarz pożyczony od koleżanki.
  • "Tytany" Victoria Scott - Tę panią zapewne kojarzycie z (ponoć) świetnej serii "Ogień i woda". Ja postanowiłam zacząć przygodę z autorką od jej innej powieści, opowiadającej o wyścigu na mechanicznych koniach. Książkę wzięłam tylko dlatego, że akurat była dostępna na bibliotecznych półkach. 
  • "Prawdodziejka" Susan Dennard - To kolejny i już ostatni egzemplarz przyniesiony z wypożyczalni. Powieść naprawdę mnie intrygowała już od momentu przeczytania recenzji przedpremierowych i cieszę się, że nareszcie wpadła w moje ręce.
  • "Cień wiatru" Carlos Ruiz Zafón - Hiszpańskiego autora znam już z jego powieści dla młodzieży - Trylogii Mgły. Jego chyba najsłynniejszą książkę, "Cień wiatru", udało mi się wygrać w konkursie u Turkusowej Sowy. Już nie mogę się doczekać lektury!
  • "Endgame. Wezwanie" James Frey, Nils Johnson Shelton - Jedna z dwóch pozycji, które wypatrzyłam za grosze w zakładce "tania książka" na czytam.pl. Intryguje mnie ta powieść i wiele zagadek, które kryje.
  • "Królowie Dary" Ken Liu - To właśnie o tej książce wspomniałam we wstępie do posta. Egzemplarz również wynalazłam na czytam.pl i jestem niezwykle zadowolona z tego zakupu. Przez wielu jest to powieść wychwalana, zbiera bardzo dobre opinie, ciekawi mnie więc, czy mi również przypadnie do gustu.
Na zdjęciu powinny znaleźć się również "Sigrid" Johanne Hildebrandt - moja wygrana w facebookowym konkursie dla blogerów zorganizowanym przez wydawnictwo Jaguar, ale... książka jeszcze do mnie nie dotarła, a także "Margo" Tarryn Fisher, która akurat znajduje się w rękach mojej koleżanki - tej samej, która pożyczyła mi "Szklany tron". :D

Które z książek z mojego stosiku znacie, które czytaliście, które polecacie? 
Co Wy macie w swoich aktualnych stosikach? Pochwalcie się!

15 lutego 2017

"Światła września" C.R.Zafón

To dopiero moje trzecie spotkanie z twórczością barcelońskiego pisarza. "Światła września" zwieńczają trylogię złożoną z niezależnych opowieści. O "Księciu Mgły" mogliście już poczytać na moim blogu, recenzję "Pałacu Północy" dopiero mam w planach. Dziś jednak co nieco o historii rodziny Sauvelle i tajemniczego twórcy zabawek, mieszkającego w mrocznym Cravenmoore. To kolejna niezwykle klimatyczna opowieść, w której nie sposób się nie zauroczyć. Carlos Ruiz Zafón zdecydowanie ma talent, który pozwala mu tworzyć magiczne książki, bo magii z pewnością "Światłom września" nie można odmówić.

To nie jest książka, w której znajdziecie dużo akcji. Wszystko rozkręca się bardzo powoli, a szybszych momentów jest naprawdę niewiele. Przez to, niestety, powieść może momentami nieco nudzić. Co ciekawe, podobnego wrażenia nie odniosłam podczas czytania dwóch poprzednich części trylogii. Porządnie wciągnęłam się dopiero około 110-120. strony, co jest jednak dosyć późno. Sama fabuła jest naprawdę interesująca, a motyw zabawek zdecydowanie skradł moje serce. Jak zawsze u Zafóna, pojawiły się niesamowite opisy, budujące wyjątkowy klimat. Na wszystkich kartach powieści, już nawet na samym początku, mocno odczuwamy nastrój mroku, grozy i tajemnicy.
"Na szczęście nauczyłem się czytać. Ta umiejętność była dla mnie prawdziwym wybawieniem, od tej pory moimi przyjaciółmi stały się książki."
Bohaterowie są przesympatyczni, naprawdę. Są to ludzie z krwi i kości, a nie wyidealizowane marionetki w rękach pisarza. Ismaela polubiłam właściwie od pierwszego momentu, w którym się pojawił. Do Iréne natomiast musiałam w pewien sposób "dojrzeć", ale to nie zajęło dużo czasu. Zdecydowanie oczarował mnie Lazarus, postać enigmatyczna, może też nieco niepokojąca. W książce spotkamy się również z innymi postaciami, jak Dorian, Simone, Hannah. Każda odgrywa jakąś istotną rolę w całej opowieści, pozwala nam przybliżyć się do rozwiązana pewnej tajemnicy. Coś, co przypadło mi do gustu, to relacje międzyludzkie przedstawione w książce. Najbardziej zarysowane zostały nieco odrealnione zakochanie nastolatków, głęboka przyjaźń dorosłych oraz uczucie w pewnym sensie zagubione, które trwa wbrew przeciwnością.

Lubię takie opowieści. Może nie wypadają spektakularnie przy historiach z niezwykle rozbudowanym światem przedstawionym, ale jednak mają tę swego rodzaju magię, która nie pozwala o nich zapomnieć. Zafón przedstawił mroczne dzieje prowincjonalnej miejscowości na skraju lądu gdzieś w Normandii. Doskonale opisał te przepiękne, choć i przerażające miejsca, a w to wszystko wplótł wątek fantastyczny. Ważną rolę odgrywa też tu pewna legenda stworzona na potrzeby książki, której treść poznajemy dopiero pod koniec, w momencie kulminacyjnym.
"W prawdziwym życiu, w odróżnieniu od fikcji, nic nie jest tym, czym się wydaje..."
Miłośnikom hiszpańskiego pisarza książki nie trzeba polecać. Pozostałych gorąco zachęcam do sięgnięcia po "Światła września", ale po i dwie pozostałe książki z Trylogii Mgły. To niezwykle klimatyczne opowieści, ciekawe, z interesującymi motywami. Jest trochę grozy, trochę fantastyki, dużo tajemnicy, a więc każdy z pewnością znajdzie coś dla siebie.

★★★★★★★✰✰✰

|| Światła września || Carlos Ruiz Zafón ||
|| liczba stron: 255 || MUZA || przekład: Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodán Casas ||
|| fantastyka || literatura grozy ||

Książka bierze udział w wyzwaniach: Olimpiada czytelnicza 2017 oraz ABC czytania 2017.

11 lutego 2017

"Margo" T.Fisher

Ta książka podbiła już wiele serc, mimo że na polskim rynku jest dopiero od miesiąca (11.01.2017). Mroczny młodzieżowy thriller napisany przez autorkę znaną z uroczych historyjek w stylu Colleen Hoover. Z założenia to nie mogło być nic dobrego, no bo przecież jak kobieta zajmująca się raczej romansami mogłaby stworzyć tak brutalną opowieść? A jednak. Poznajcie Margo, nastolatkę z niewielkiego amerykańskiego miasteczka, siedliska patologii, Bone. Dziewczyna od początku już nie miała łatwo. Jej cierpiąca na depresję matka od wielu lat się prostytuuje, a córkę traktuje jak służącą. Wszystko z pozoru się zmienia, kiedy Margo poznaje Judaha, niepełnosprawnego chłopaka z sąsiedztwa. To z nim wkrótce rozpoczyna śledztwo w sprawie zamordowanej siedmioletniej dziewczynki. Nikt się jednak nie spodziewa, że ta śmierć pozostawi na protagonistce takie piętno.

Oś fabularną książki stanowi postać samej Margo i wszystkie wydarzenia, które się wokół niej dzieją. Możemy obserwować jej znaczącą przemianę, która rozpoczyna się właściwe od poznania chłopaka na wózku i śmierci siedmiolatki. Dzięki zastosowaniu narracji pierwszoosobowej widzimy ewolucję protagonistki nie tylko po jej czynach, ale również w jej głowie. Oprócz relacjonowania historii, zagłębiamy się również w myśli dziewczyny, które niekiedy bywają dosyć chaotyczne. To jednak ani trochę nie przeszkadza w czytaniu czy wciągnięciu się w lekturę. Książka stanowi doskonały przykład na to, że środowisko jest w stanie wpłynąć na rozwój charakteru.
"Są rzeczy, których nigdy nie robimy, bo ktoś napełnia nas strachem przed nimi albo wmawia nam, że nie jesteśmy ich godni. Chcę zrobić wszystkie swoje nigdy - sama albo z kimś ważnym. Nie obchodzi mnie to. Chcę po prostu żyć."
Sylwetka Margo jest naprawdę intrygująca. Ciężko do tej dziewczyny zapałać sympatią, ostatecznie też nie wiadomo, czy powinno się ją potępiać, czy może jej współczuć. Z jednej strony na to, jaka się stała, wpłynęło wiele czynników niezależnych od niej. Z drugiej zaś - każdy ma swój rozum i jeśli się bardzo chce, pracą nad sobą można zdziałać naprawdę wiele i w pewien sposób uniezależnić się od przeszłości. Trzeba mieć jednak odpowiednio dużo siły, aby tego dokonać. Nieco inne odczucia mam w stosunku do chłopaka z sąsiedztwa, Judaha. Jest to inteligentny młody mężczyzna, posiadający poczucie humoru, ale i nie pozbawiony wad. Naprawdę go polubiłam.

Powieść naprawdę przypadła mi do gustu. Nie jest jednak pozbawiona wad, no ale cóż - ciężko znaleźć dzieło idealne, które zasłuży na dziesięć gwiazdek. Coś, co mnie uderzyło dosyć mocno, jest kompletna nieskuteczność policji. Ja rozumiem, są sprawy, które naprawdę ciężko rozwiązać, są zbrodnie wręcz idealne, ale... No błagam, bez przesady. Nie chcę zdradzać więcej w tym aspekcie, bo to byłby dosyć spory spoiler, ale kto czytał, ten pewnie domyśla się, o czym mówię. Innym aspektem, który mnie po prostu wkurzył, był pewien epizod z drugiej części książki, który wydał mi się kompletnie oderwany od rzeczywistości. No i to zakończenie, kompletnie rozczarowujące...
"Samobójstwo nie jest naturalne. To przeciwieństwo natury. Naturalna jest chęć życia. Nienaturalne jest cierpieć tak bardzo, że chce się umrzeć."
Mimo tych wszystkich wad, "Margo" i tak wywarła na mnie spore wrażenie. To jedna z lepszych młodzieżówek, które miałam okazję czytać w ostatnim czasie. Naprawdę wciąga, czyta się ją błyskawicznie. Przytoczone przeze mnie mankamenty nie wpłynęły znacząco na odbiór całości, może pozostawiły jedynie pewien niedosyt - stąd ta wysoka ocena. Polecam wszystkim, którzy lubią tajemnicze historie. Nie warto jednak zapomnieć, że to jednak młodzieżówka, a więc wieloletni fani mocnych thrillerów dla dorosłych mogą się zawieść.

★★★★★★★★✰✰

|| Margo || Tarryn Fisher ||
|| liczba stron: 350 || SQN || przekład: Agnieszka Brodzik ||
|| thriller || young adult ||

Książka bierze udział w wyzwaniach: Olimpiada czytelnicza 2017 oraz ABC czytania 2017.

08 lutego 2017

"Ember in the ashes. Imperium Ognia" Sabaa Tahir


Książki młodzieżowe, w których na pierwszy plan wysuwa się bunt i władza z okrutnymi zasadami nadanymi przez obecne władze danej krainy, stały się ostatnio niezwykle popularne. Nietrudno jest się temu dziwić. Okres nastoletni charakteryzuje się właśnie sprzeciwem wobec świata, a dodanie do tego świata pełnego magii czy innych niesamowitych elementów oraz możliwość wpłynięcia na losy całego państwa sprawia, że takie powieści stają się niezwykle interesujące. Często dochodzi do tego pędząca akcja i mamy sukces murowany. No i w tym momencie można by przytoczyć naprawdę wiele tytułów ostatnich lat, a jedną z nich jest debiut pani Tahir. "Ember in the ashes. Imperium ognia" doskonale wpisuje się w ten schemat.

Imperium jest bezwzględne. Wie o tym doskonale Laia, dziewczyna należąca do kasty raczej spychanej na margines społeczny. W ciągu jednego dnia jej życie zmienia się o 180 stopni: dziadkowie, z którymi do tej pory mieszkała, zostają zamordowani na jej oczach, a brat dziewczyny zostaje oskarżony o zdradę. Od tej pory celem Lai staje się przede wszystkim uchronienia jedynego członka swojej rodziny od poniesienia najwyższej kary za popełnione czyny. Aby to osiągnąć, zostaje niewolnicą Akademii, elitarnej szkoły tworzącej najokrutniejszych, najbardziej bezwzględnych żołnierzy Imperium. Wśród uczniów tejże placówki znajduje się Elias, który nie do końca jest przekonany, czy chce podążać drogą, którą obrał. Wkrótce dochodzi do spotkania dwójki młodych ludzi, które ostatecznie może doprowadzić zmiany losów nie tylko ich, ale i świata, który znają.
"Całe piękno gwiazd jest niczym, kiedy życie na ziemi jest tak podłe."
Fabuła... Tak, przyznaję, przypadła mi do gustu. Nie jest to może szczyt oryginalności, ale kto by się tym przejmował, skoro książka i tak daje zajęcie na kilka godzin, a przy tym naprawdę sporo frajdy? Momentami naprawdę ciężko było mi się oderwać, miałam ochotę na nic innego jak tylko czytanie kolejnego rozdziału. I jeszcze jednego. I następnego. Kompletnie nie przeszkadzał mi fakt prowadzenia narracji pierwszoosobowej z dwóch różnych perspektyw, Lai i Eliasa, chociaż zdecydowanie nie lubię takiego sposobu opowiadania historii. Liczyło się dla mnie przede wszystkim to, jak potoczą się dalsze losy bohaterów. Co im się jeszcze przytrafi, z jakimi wyzwaniami jeszcze będą musieli się zmierzyć? Właśnie te pytanka kłębiły się w mojej głowie aż do ostatniej strony.

Dwójka protagonistów to takie przeciętniaczki i nie będę się rozwodzić na ich temat. Do Eliasa faktycznie zapałałam jakąś tam sympatią, aczkolwiek nietrudno byłoby znaleźć podobnego bohatera. A Laia... Wyróżniała się ona tym, że nie była irytująca. Zazwyczaj. To już sukces. Na moją uwagę natomiast zasłużyli bardzo bliska przyjaciółka głównego bohatera, Helena Aquilla. Jest to młoda kobieta z charakterem, która jednak nie daje się odkryć czytelnikowi całkowicie. Za tę nutkę tajemnicy ją niezwykle polubiłam. Oprócz tego warto wspomnieć inną kobietę, bezwzględną, okrutną, zapewne jednak skrywającą jaśniejszą stronę swojej duszy - komendantkę Akademii. Reszta bohaterów nie wyróżniła się niczym szczególnym, natomiast relacje między nimi - no tak, to było coś ciekawego. Można powiedzieć, że spotkamy tutaj trójkąt miłosny, choć nie do końca typowy. Mamy też coś, co zwane jest friendzonem między postaciami, którym bardzo kibicowałam. Kto czytał, ten prawdopodobnie wie, kogo mam na myśli.
"To nie ty mnie zabijasz, to ja wybrałem śmierć. Ponieważ wolę umrzeć niż stać się podobny do ciebie. Wolę umrzeć, niż żyć bez miłosierdzia, bez honoru, bez duszy."
"Imperium Ognia" jest jedną z lepszych młodzieżówek, które miałam okazję czytać ostatnimi czasy. Nie jest to książka idealna, posiada wady, są one jednak praktycznie niezauważalne, jeżeli nastawimy się na czystą rozrywkę w interesującym świecie. Momentami, niestety, zabrakło mi "tego czegoś", może nieco mrocznego klimatu, który by wpłynął na korzyść powieści. Mimo wszystko, polecam. Jeżeli szukacie niezbyt ciężkiej literatury, która może zapewnić Wam dobrą zabawę na jakiś czas, sięgnijcie po debiut Amerykanki.

★★★★★★★✰✰✰

|| Ember in the ashes. Imperium ognia || Sabaa Tahir ||
|| liczba stron: 510 || Akurat || przekład: Marcin Wawrzyńczak, Jerzy Malinowski ||
|| fantastyka || fantasy ||

04 lutego 2017

"Mój Siergiej. Opowieść o miłości" J.Gordiejewa


Jekatierina Gordiejewa jest znaną rosyjską łyżwiarką figurową, startującą w kategorii par sportowych w latach 80. i 90. ubiegłego wieku. Dwukrotnie zdobyła mistrzostwo olimpijskie (Calgary 1988, Lillehammer 1994), czterokrotnie mistrzostwo świata oraz trzykrotnie mistrzostwo Europy. I to wszystko wraz ze swoim partnerem z lodowiska, a później również w życiu prywatnym - Siergiejem Grinkovem. Ich wspólna historia zakończyła się jednak niespodziewanie w listopadzie 1995 roku, kiedy to dwudziestoośmioletni Siergiej zmarł na bezbolesny zawał serca. Historię ich wspólnego życia Gordiejewa opisała w książce, którą chcę Wam dziś przedstawić. Jest to jej biografia, skupiająca się na życiu z młodym łyżwiarzem właściwie od wczesnego dzieciństwa, z początku jako współpracownicy z lodowiska, wkrótce - bliscy przyjaciele, na małżeństwie i szczęśliwych rodzicach małej Darii kończąc.

Autorka dosyć dokładnie opisuje swoje życie, począwszy od wczesnego dzieciństwa i pierwszych kroków stawianych na lodzie, przez poznanie Siergieja i początki łyżwiarskiej pracy z nim, później rozwój kariery i zdobyte na wysokiej rangi mistrzostwach medale, aż po śmierć partnera i próbę pogodzenia się z jego odejściem. Na łamach książki nietrudno zauważyć nie tylko rozwój umiejętności łyżwiarskich Gordiejewy, ale również dojrzewanie jej miłości. Obserwujemy również fragmenty doczesnej wędrówki Grinkova, która, niestety, trwała zaledwie dwadzieścia osiem lat. Nietrudno dojść do wniosku, że był to naprawdę udany czas dla tej pary sportowej, pomimo wielu gorzkich chwil jak chociażby kontuzje czy rozczarowujące przegrane, których nie da się uniknąć uprawiając taką dyscyplinę, jaką jest łyżwiarstwo figurowe.
"Niektórzy mężczyźni są urodzonymi ojcami, nawet zanim jeszcze mają dzieci i Siergiej należał właśnie do nich."
"Mój Siergiej" to, jak wskazuje drugi człon tytułu, to doskonała opowieść o miłości. Śmiem twierdzić, że jest to jedna z ciekawszych historii romansu, jaką miałam okazję kiedykolwiek czytać. Niesamowita, bo prawdziwa, napisana przez życie.  Jekatierina Gordiejewa jedynie zapisuje to, co naprawdę miało miejsce. Opisuje uczucie, jakie w niej narastało w stosunku do Siergieja. Zauważała drobne gesty, które wobec niej wykonywał, coraz lepiej go poznawała. Naprawdę niesamowita historia i sądzę, że każdemu, kto lubi romanse, książka naprawdę przypadnie do gustu.

Poczytamy tutaj jednak nie tylko o miłości w stosunku do drugiej osoby, ale też do dyscypliny sportu - łyżwiarstwa figurowego, które zdecydowanie dominuje w życiu Gordiejewej. Autorka nawet często to podkreśla, a w prologu pisze: "[Siergiej] Był przede wszystkim człowiekiem, a dopiero potem łyżwiarzem. Ja - przeciwnie, przede wszystkim byłam łyżwiarką, potem kobietą, a dopiero później matką.". Właśnie przez ten aspekt książkę powinny czytać osoby, które mają choć znikome pojęcie o tym sporcie. Na każdym kroku spotkamy się z dziwnie brzmiącymi słowami jak podwójne axle, toe loop, kiss and cry, spirale śmierci. Ale spokojnie, wystarczy zajrzeć na wikipedię (lub na dowolną inną stronę) i przeczytać odpowiednie definicje. 
"Natuszik, Dmitrij jest wszędzie wokół nas. Nie istnieje już w ludzkiej formie, ale przecież jest teraz z nami w tej kuchni. I w tej sypialni. Widzi cię i słyszy, mimo że ty go nie możesz zobaczyć."
Zawsze myślałam, że wszystkie biografie są nudne. Jestem zaskoczona jak bardzo się pomyliłam! Książka rosyjskiej łyżwiarki w pewien sposób mnie wciągnęła. Pozwoliła na poznanie naprawdę cudownej historii miłosnej, ale też pokazała, jak łyżwiarstwo wyczynowe wygląda od środka, a nawet pozwoliła dowiedzieć się o niektórych rosyjskich zwyczajach. Jednym z najciekawszych jest, według mnie, rozbijanie talerza w noc sylwestrową, o północy, a potem chowanie skorupek po całym mieszkaniu. Ma to przynosić szczęście. 

Komu polecam przeczytanie tej historii? Zdecydowanie fanom łyżwiarstwa figurowego, ale też sympatykom historii miłosnych, czy osobom zainteresowanych sportem lub kulturą Rosji. Bo zdecydowanie czuć, że główni bohaterowie to Rosjanie. Nie da się ich pomylić z żadnym innym narodem. Ja przy lekturze naprawdę dobrze się bawiłam. Czasami na mojej twarzy pojawiał się uśmiech, a w pewnym momencie po moim policzku prawie spłynęły łzy. To niesamowita opowieść napisana przez życie. 
"Jak wspaniale jest się śmiać, nawet jeśli śmiech trwa krótko."
★★★★★★★★✰✰

|| Mój Siergiej. Opowieść o miłości || Jekatierina Gordiejewa ||
|| liczba stron: 311 || Zysk i S-ka || przekład: Ewa i Dariusz Wojtczakowie ||
|| literatura faktu || biografia/autobiografia ||

Książka bierze udział w wyzwaniach: Olimpiada czytelnicza 2017 oraz ABC czytania 2017.

31 stycznia 2017

Podsumowanie miesiąca: styczeń


Jak ten czas szybko leci! Dopiero co byłam na zabawie sylwestrowej, a teraz już podsumowuję minione trzydzieści jeden dni. Styczeń minął stosunkowo spokojnie, nie licząc studniówki, na której wybawiłam się na wsze czasy. Powiem nawet, że mam ochotę jeszcze raz pójść na jakąś potańcówkę w miłym gronie i zwyczajnie dobrze się zabawić. Czytelniczo miesiąc ten wypadł dosyć... przeciętnie. Ukończone całe trzy książki, rozpoczęta czwarta. Do mojej biblioteczki trafiły też dwie nowe powieści - "Margo" Tarryn Fisher, którą sprawiłam sobie sama, a także "Cień wiatru" Zafóna - moja wygrana w konkursie u Turkusowej Sowy

"Ferdydurke" Witold Gombrowicz
Błagam, nie próbujcie mi wmawiać, że jest to przegenialna lektura. Gombrowicza w tej formie nie rozumiem (po inne jeszcze nie sięgałam) i chyba nie chcę zrozumieć. Powiem więcej - skutecznie zraziłam się do surrealizmu i nie mam zamiaru sięgać po ten gatunek w najbliższym czasie. "Ferdydurke" zaliczam do jednej z najgorszych szkolnych lektur, jakie miałam okazję czytać. Jest to jedna z niewielu książek w życiu, którymi realnie miałam ochotę rzucać o ścianę. Chcę o tym zapomnieć, nie chcę do tego wracać. Recenzji tej książki nie uświadczycie na moim blogu, nie ma na to szansy. "Dzieło" Gombrowicza uważam za przerost formy nad treścią i kompletnie nie rozumiem, jak to może podobać się ludziom. No ale okej - są gusta i guściki. Modlę się tylko o to, abym nie musiała czytać fragmentów tej książki na maturze. Abym nie musiała o niej pisać czy mówić. Jest okropna.
"Koniec i bomba, a kto czytał ten trąba." - A oto chyba jedyne sensowne zdanie w całej tej lekturze...

Książka bierze udział w wyzwaniach: Olimpiada czytelnicza 2017 oraz ABC czytania 2017.

"Porwana pieśniarka" Danielle L Jensen
Druga powieść przeczytana w styczniu. Pocieszenie po tragicznym, przymusowo czytanym "Ferdydurke". Zdecydowanie "Porwana pieśniarka" nie jest książką genialną, ani nawet bardzo dobrą. Kompletnie nie potrafię odnaleźć się w wielu recenzjach, w których powieść ta wychwalana jest pod niebiosa. Przeczytałam, nawet się wciągnęłam, jednak... No cóż, to tylko przeciętna młodzieżówka ze świetnym miejscem akcji (Trollus) oraz niezwykle schematycznymi bohaterami i wydarzeniami. No i przepiękną okładką, która ozdabia moją już przepełnioną półkę z książkami. Niewykluczone, że kiedyś ją odsprzedam, na razie jednak zagrzewa u mnie swoje miejsce. Recenzja tej książki ukazała się już na blogu, a znajdziecie ją pod tym linkiem. Być może za jakiś czas sięgnę po dwie kolejne części trylogii, noszące tytuły "Ukryta łowczyni" oraz "Waleczna czarownica". Moje oczekiwania wobec nich nie będą jednak za duże, nie chcę się rozczarować. W ogóle ostatnio jakoś tak przechodzi mi ochota na książki młodzieżowe, a chcę czytać dojrzalsze pozycje.

"Mój Siergiej. Opowieść o miłości" Jekatierina Gordiejewa
Po tę książkę sięgnęłam ze względu na uczucie, jakim darzę łyżwiarstwo figurowe. Aktualnie nie mam zbyt dużych możliwości rozwoju w tym sporcie, a więc wynagradzam to sobie sięgając po książki o tej tematyce. "Mój Siergiej..." jest biografią utytułowanej rosyjskiej łyżwiarki, Jekatieriny Gordiejewy, od dzieciństwa do momentu śmierci jej partnera z lodowiska i z życia prywatnego - Siergieja Grinkova. Jest to opowieść momentami wzruszająca, ale częściej wywołująca uśmiech na twarzy. No i, przede wszystkim, napisana przez życie. To nie fikcja literacka, to spisane fakty, historia, która zdarzyła się naprawdę i to całkiem niedawno: w latach 80. i 90. ubiegłego wieku. Była to moja pierwsza biografia, jaką miałam okazję przeczytać, ale już teraz wiem, że nie ostatnia. Moje myślenie o tym gatunku zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Przekonałam się, że zapis czyjegoś życia nie musi być nudny - wręcz przeciwnie! Życie nie jest nudne, życie jest interesujące. Zdecydowanie warto było sięgnąć po tę książkę. Jej recenzję zaplanowałam na najbliższą sobotę, 04.02.

Dopiero co zaczęłam ferie zimowe, ostatnie w swoim życiu (a przynajmniej ostatnie w takiej formie). Z pewnością część czasu poświęcę nauce i powtarzaniu materiału, bo zależy mi na dobrym wyniku z egzaminów z aż trzech przedmiotów: matematyki podstawowej oraz biologii i chemii rozszerzonych. Oczywiście nie zamierzam całych dwóch tygodni przesiedzieć z nosem w podręcznikach. Chcę też co nieco poczytać, między innymi "Światła września" oraz "Cień wiatru" Zafóna, popularną ostatnio "Margo", być może też w końcu zabrać się za kontynuowanie Zwiadowców czy przeczytanie "Mechanicznego anioła" Cassandry Clare.

Na koniec pozostawiłam sobie podsumowanie tego, co przez styczeń działo się na blogu. W ciągu ostatniego miesiąca opublikowałam rekordową liczbę postów, bo aż osiem, łącznie z tym, który akurat czytacie. Ja wiem, dla niektórych jest to bardzo mało, ale ja jestem z siebie dumna. W liczbie tych ośmiu postów znalazło się pięć recenzji, a oprócz tego pochwaliłam się jednym stosikiem oraz odpowiedziałam na jedną nominację do Liebster Blog Award. Bloga obserwuje 71 osób, co oznacza, że od końca grudnia przybyły ich cztery. W ostatnim miesiącu blog był wyświetlany 1422 razy, co wlicza się do łącznej sumy 7009 wejść od momentu istnienia Królowej Książek. Dziękuję Wam, gdyby nie Wy, wynik ten byłby znacznie niższy.

A jak Wy podsumowujecie miniony miesiąc? Jakie macie plany na luty?