11 listopada 2017

(50) Co kryje się w cieniu? "Rycerze pożyczonego mroku"


   Nie lubię zabiegów marketingowych, które polegają na porównywaniu jednej książki do innej, już znanej i powszechnie lubianej. Najczęściej wiąże się to z nieprzyjemnym rozczarowaniem u czytelnika: nowinka nie okazała się tak fajna jak ta lektura, z którą została zestawiona lub to po prostu nie było to, czego oczekiwaliśmy. To niesie za sobą frustrację. Niestety, to właśnie stało się w przypadku "Rycerzy pożyczonego mroku" Dave'a Ruddena, książki porównywanej między innymi do Zwiadowców Johna Flanagana czy serii o Percym Jacksonie Ricka Riordana.

   Denizen Hardwick wychował się w sierocińcu. Nigdy nie dane było mu poznać swoich rodziców. Chłopak żyje raczej spokojnie w murach Crosscaper, a jego największym zmartwieniem są zadania domowe, które należy odrobić. To zmienia się w momencie, kiedy Denizen wpada w sidła potwora stworzonego z cieni. Przekonuje się, że istnieje inny świat, który nigdy wcześniej nie był dla niego dostępny. Poznaje rycerzy pożyczonego mroku, grupę ludzi strzegących granic między rzeczywistością ludzi i cieniami. Na nieszczęście okazuje się, że chłopak również jest jednym z rycerzy.

   Rozczarowanie - to pierwsze słowo, które kojarzy mi się z książką Dave'a Ruddena. No niestety, to właśnie to, o czym pisałam w pierwszym akapicie. Bardzo się męczyłam z "Rycerzami pożyczonego mroku". Miałam otrzymać historię pełną akcji i humoru, a dostałam... Nudę. Nie boję się tego powiedzieć: ta książka była bardzo nudna przez zdecydowaną większość czasu. Dopiero pod koniec, po ponad dwustu stronach, akcja zaczęła się rozkręcać, chociaż nie na tyle, żeby nie wiadomo jak dać się porwać. Sam motyw rycerzy walczących z mrokiem oraz Malleusów był świetny, aczkolwiek kompletnie niewykorzystany. Gdyby ubrać to w nieco inne szaty, mogłaby powstać naprawdę świetna powieść fantasy.

   O bohaterach nie potrafię zbyt wiele powiedzieć. Byli niby 'jacyś', ale jednak dosyć bezbarwni. Żaden z nich nie wzbudził we mnie sympatii, żaden mnie nie irytował, żaden nie zapadł w pamięci na dłużej. Nawet w czasie czytania książki zdarzało mi się mylić poszczególne postaci. Denizen to chłopiec mądry, na swój sposób odważny, ciekawy świata, ale charakteryzujący się również brakiem doświadczenia i dziecięcą naiwnością. Vivian, kreowana na tajemniczą, okazała się po prostu kolejną postacią w szeregu. Chociaż pewien wątek z nią związany, poruszony na sam koniec powieści, okazał się całkiem ciekawy. Najlepiej zapamiętam chyba Szarego, ale to prawdopodobnie przez to, że nie do końca rozumiem jego los.

   "Rycerze pożyczonego mroku" są napisani dosyć prostym językiem, typowym dla książek młodzieżowych. Ciekawym rozwiązaniem jest zastosowanie różnych wielkości czcionek czy pogrubień w odpowiednich momentach, odpowiadających wypowiedziom niektórych postaci. Uwagę przyciąga okładka, która, według mnie, jest dosyć kiczowata. Gdybym miała wybierać książkę tylko na jej podstawie, raczej omijałabym ją szerokim łukiem. Wiem, nie ocenia się po okładce, z drugiej strony jednak, oprawa graficzna to pierwsze, na co zwracamy uwagę. A ta, niestety, odrzuca.

   Książka Dave'a Ruddena miała potencjał, który jednak nie został wykorzystany. Jest mi przykro, bo pomysł na rycerzy walczących w cieniu był interesujący. Powieść oceniłabym zdecydowanie lepiej, gdyby nie nuda przez znaczną część i praktycznie bezbarwni bohaterowie. Cóż mogę powiedzieć? Raczej nie polecam, chyba że zainteresował was na przykład opis fabuły. Kto wie, może odnajdziecie w "Rycerzach pożyczonego mroku" coś, co was oczaruje?

★★★★

liczba stron: 312, wydawnictwo Jaguar, przekład: Dominika Repeczko
fantastyka, low fantasy, heroic fantasy

Książka bierze udział w wyzwaniach: Olimpiada Czytelnicza i ABC Czytania.
Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję wydawnictwu Jaguar.

04 listopada 2017

(49) Wychowany przez duchy, czyli "Księga cmentarna"


   Neil Gaiman należy do tych pisarzy, po książki których sięgam w ciemno. Uwielbiam jego styl pisarski oraz ogromną wyobraźnię, pozwalającą na tworzenie niesamowitych i oryginalnych opowieści. Sięgając po "Księgę cmentarną" wiedziałam, że czeka na mnie coś ogromnie fascynującego i nie pomyliłam się. Brytyjski pisarz po raz kolejny mnie nie zawiódł, a wręcz przeciwnie - czuję jeszcze większą chęć na poznanie reszty jego twórczości i odkrycie kolejnych tajemnic, które przygotował dla czytelników. 

   Małe dziecko, które ucieka przed mordercą jego rodziny, odnajduje schronienie na starym cmentarzu na wzgórzu. Tam zostaje przygarnięty przez duchy i zjawy i zyskuje nowe imię: Nikt, w skrócie Nik. Chłopiec uczy się życia od zmarłych. Jednocześnie wciąż czeka na niego niebezpieczeństwo: poza granicami cmentarza tajemniczy morderca wciąż na niego poluje, musi wykonać powierzone mu zadanie... 

   Zachwycił mnie klimat tej powieści. Tak, to właśnie ten element, na który coraz częściej zwracam uwagę. Neil Gaiman wykreował atmosferę tajemniczości, trochę mroczną, ale jednocześnie na swój sposób pozytywną - ta ostatnia cecha powstała chyba za sprawą głównego bohatera. Jeśli chodzi o fabułę, podobało mi się, aczkolwiek pod koniec zaczęłam mieć mieszane uczucia. "Księga cmentarna" to swego rodzaju zbiór pewnych epizodów z życia Nika, dopiero pod koniec akcja stanowi spójną całość i dąży do zakończenia. I o ile te pojedyncze historie były niezwykle ciekawe, tak nie jestem do końca przekonana do rozwiązania całości, do sposobu, w jaki to wszystko zostało zamknięte. 

   Mimo iż opowieść Gaimana skupia się na życiu chłopca wychowanego na cmentarzu, mam wrażenie, że nie poznaliśmy go wystarczająco. Fakt, mamy świadomość, jakim chłopcem się stał: niezwykle ciekawym świata, chętnym do nauki, ciekawskim, życzliwym, może nieco naiwnym, jednak mam wrażenie, że to nie jest cała jego osobowość. Jeszcze mniej poznajemy przybranych rodziców Nika czy jego opiekuna. Ten ostatni niezwykle mnie intrygował przez całą powieść. Chciałam się dowiedzieć, kim jest naprawdę i jaką spełnia rolę na cmentarzu. Interesującą postacią okazała się również pewna dziewczynka, Scarlett. Szkoda, że nie zawitała na dłużej na kartach tej książki. Chętnie dowiedziałabym się o niej czegoś więcej.

   Nie sposób nie wspomnieć w tej recenzji o przepięknym wydaniu książki. Twarda oprawa, grafika autorstwa Dark Crayon na okładce, wstążeczka w środku i stosunkowo gruby papier tworzą całość, na którą po prostu miło się patrzy. Cieszę się, że zdecydowałam się zebrać całą kolekcję powieści Gaimana w tym wydaniu właśnie. Razem na półce prezentują się naprawdę świetnie! Do przekładu i redakcji również nie sposób się przyczepić. Niesamowity klimat powieści został zachowany, całość czyta się niezwykle przyjemnie. Nie doszukałam się również literówek, co zdarza mi się, niestety, coraz częściej w książkach. Cóż mogę powiedzieć? Wydawnictwo Mag, świetna robota! Oby tak dalej.

   Jak pewnie się domyślacie, z całego serca polecam "Księgę cmentarną". Fakt, nie jest to lektura pozbawiona jakichkolwiek wad, jednak myślę, że warto przeczytać. Listopad będzie idealnym momentem na tę powieść i to nie tylko dlatego, że niedawno obchodziliśmy Wszystkich Świętych. Listopadowa aura sprzyja na czytanie tak klimatycznych powieści jak te, które wyszły spod pióra Gaimana.

★★★★★★★★✰✰

liczba stron: 223, wydawnictwo Mag, przekład: Paulina Braiter
fantastyka, low fantasy, dark fantasy

Książka bierze udział w wyzwaniu Olimpiada Czytelnicza.
layout by oreuis