14 kwietnia 2017

"Prawdodziejka" S.Dennard


Zauważyłam dosyć osobliwą rzecz. Wśród obecnie wydawanych książek młodzieżowych jest naprawdę sporo fantastyki, ale stosunkowo niewiele powieści wpisujących się w ramy gatunku fantasy. Dostajemy sporo dystopii i antyutopii, science-fiction, walki z systemem, opowieści o buntowniczkach zakochanych w przystojnych książętach czy innych szlachcicach, a opowieści o magach i walkach na miecze ze świecą szukać. "Prawdodziejka" jednak wpisuje się w to, czego tak niewiele i czego ostatnio poszukiwałam. Niestety, trochę się zawiodłam. I to nie tak, że uważam tę powieść za kiepską. Po prostu, nie spełniła ona moich oczekiwań, które były dosyć wysokie po wszystkich pozytywnych opiniach, które różne osoby wypisywały na swoich blogach.

Safiya i Iseult to dwie młode czarodziejki, pragnące jedynie wolności. Niestety, los ma dla nich nieco inne plany. Pierwsza więziosiostra jest jedyną w Czaroziemiach prawdodziejką, która dzięki swojej magii jest w stanie zdemaskować wszelkie kłamstwa. Jej moc staje się niezwykle pożądana przez władców Imperiów, dodatkowo wojna już wisi w powietrzu, gdyż dwudziestoletni rozejm zbliża się ku końcowi. Życie zdecydowanie nie będzie rozpieszczać naszych bohaterek.
"Kluczem do zwycięstwa w walce na noże jest obserwacja ręki, która włada nożem."
W książce naprawdę dużo się dzieje. Z przebiegu wydarzeń zadowoleni będą fani zarówno walk na lądzie, jak i morskich przygód - wszak na statku dzieje się spora część powieści. W to wszystko wpleciona została magia różnych rodzajów - ta dotycząca żywiołów, emocji ludzkich, więzi, krwi. Motyw ten bardzo przypadł mi do gustu, chociaż z początku się trochę w tym gubiłam. Susanne Dennard od pierwszej strony wrzuca nas nie tylko w wir wydarzeń, ale również zasypuje najróżniejszymi informacjami. Skomplikowana, choć nie do końca jasna, wydała mi się sytuacja polityczno-religijno-obyczajowa Czaroziemia. Dostajemy sporo informacji, ale są one dosyć szczątkowe. Mamy Imperia, które toczyły ze sobą wojnę jakieś dwadzieścia lat temu, ale nie wiemy w sumie dlaczego. Wspominani są Cahr-Aweni, ale kto to i dlaczego są oni w pewien sposób wysławiani - tego też się nie dowiadujemy. Mam nadzieję, że autorka w drugiej części pt. "Wiatrodziej" nieco bardziej to rozwinie i rozwieje wątpliwości.

Mam mocno mieszane uczucia w stosunku do bohaterów. Kilku z nich zostało naprawdę dobrze wykreowanych i zapałałam do nich sympatią. Mowa o Safiyi i jej przyjaciółce Iseult, ale też księciu Meriku oraz mniszce Evrane. Autorka nawet pokusiła się o pogłębienie ich charakterów i to zdecydowany plus. Niestety, zaniedbała przez to inne postaci, a najbardziej boli mnie zrobienie tego w stosunku do głównego antagonisty, Aeduana. Niby wiemy, kim on jest, niby widzimy, jak się zachowuje, ale w sumie nie znamy jego konkretnych motywacji. A szkoda, bo mógłby to być bardzo ciekawy czarny charakter. O pozostałych bohaterach nie mam nic do powiedzenia. Niestety, nie pamiętam ich sylwetek, jedyne, czym się charakteryzowali to właściwie tylko imiona i umiejętności magiczne. Mogliby zostać dużo bardziej rozwinięci i zrobiłoby to na dobre książce.
"To nie wolności pragnęła. Pragnęła w coś wierzyć, w coś, dla czego mogłaby biec na złamanie karku i walczyć z narażeniem życia, ku czemu mogłaby wyciągnąć rękę w każdej sekundzie życia."
"Prawdodziejkę" czytało się dobrze. Język, którym posługuje się Susan Dennard, jest raczej prosty (choć momentami wydawał się dosyć chaotyczny), autorka tworzy też sporo opisów. Spokojnie, nie są one jednak w stylu Elizy Orzeszkowej. :) Historia Safi i Iseult nawet potrafi wciągnąć i dać trochę zwyczajnej rozrywki. Na wymienione wyżej mankamenty można przymknąć oko i po prostu cieszyć się opowieścią z Czaroziemia. Czy polecam? Mimo wszystko - jak najbardziej. Sama chętnie też zapoznam się z drugim tomem cyklu - wspomnianym już "Wiatrodziejem".

 ★★★★★★★✰✰✰

|| Prawdodziejka || Susanne Dennard ||
|| liczba stron: 395 || SQN || przekład: Regina Kołek, Maciej Pawlak ||
|| fantastyka || fantasy ||

03 kwietnia 2017

#1 Nie tylko książki... O rowerze i łyżwach!


Książkoholicy, tudzież mole książkowe, są kojarzeni raczej z domatorami, spędzającymi czas przede wszystkim na pożeraniu książek. Ewentualnie na nauce. Ah, no i najlepiej, aby mieli oni wadę wzroku, a dzięki niej - charakterystyczne okulary! Przecież to takie kujony, nie? No cóż, prawda nijak ma się do tego stereotypu. Oczywiście, znajdziemy osoby, które doskonale wpasowują się w ten schemat, ale raczej nie możemy mówić tu o większości, a już na pewno nie o wszystkich uzależnionych od czytania. Aby to udowodnić, Kitty wraz z Justyśką postanowiły stworzyć serię postów o aktywnościach fizycznych czytelników. Szczegóły akcji z pewnością znajdziecie na blogach organizatorek, gorąco zachęcam do zajrzenia właśnie tam!

Jednocześnie akcja ta stała się dla mnie swego rodzaju inspiracją do utworzenia nowego cyklu postów na blogu. Będą to notki bardzo okazjonalne i z pewnością nie wyprą recenzji książek, które wciąż będą królować na blogu. Postanowiłam jednak pisać o swoich pasjach. W końcu nie ograniczam się do jednego - literatury, a czas spędzam nie tylko zanurzona w kolejnych powieściach. Uchylę rąbka tajemnicy i już teraz napiszę, że planuję posty o mandze i anime (moja wieloletnia pasja, której nie sposób nie zauważyć) czy... no cóż, o czym, przekonacie się wkrótce.

Bez zbędnego przedłużania, przejdźmy więc do konkretów. Nie jest tajemnicą, że rower był zawsze obecny w moim życiu. Już w dzieciństwie jeździłam z doczepionymi kółkami, potem - tylko na dwóch. Na pierwszą komunię dostałam pierwszy poważniejszy rower, który eksploatowałam do wakacji ubiegłego roku. Moją kolejną maszyną i, jak na razie, ostatnią, jest czerwony (bo szybki!) rower fitnessowy (w moim przypadku jest to, jak ja to określam, prawie rower szosowy :p) zakupiony z pieniędzy komunijnych. Uwielbiam jazdę na rowerze. Uwielbiam czuć wiatr we włosach, uwielbiam pokonywać swoje słabości i pobijać kolejne rekordy: zarówno prędkości, tempa, jak i odległości. Najdłuższy dystans, który pokonałam do tej pory, to 57 km. Niby to niewiele, aczkolwiek dla osoby, która "na poważnie" zaczęła jeździć dopiero w ubiegłe wakacje, to całkiem nieźle. Jakie mam rowerowe cele na najbliższy czas? Pokonać barierę 100 km i wziąć udział w Poznań Bike Challange. Mam ogromną ochotę stać się częścią peletonu! :)

Kto śledzi mojego bloga wystarczająco uważnie, wie również, że moją wielką pasją jest łyżwiarstwo figurowe! Wspominałam o tym między innymi w recenzji biografii Jekatieriny Gordiejewy (rosyjskiej łyżwiarki) oraz przy okazji drugiej edycji Liebster Blog Award. Dziś jest okazja, aby co nieco więcej o tym napisać. Co ciekawe, jest to pasja, która rozwinęła się u mnie właściwie znikąd. Od zawsze łyżwiarstwo figurowe było jednym z garstki sportów, które lubiłam oglądać w telewizji. Nie interesowała mnie ani siatkówka, ani piłka nożna, ani hokej, ani lekkoatletyka, a właśnie zmagania artystów na lodzie. Co prawda, nie zasiadałam przed telewizorem zawsze kiedy pojawiały się transmisje z jakichś zawodów, jednak jeśli któryś z członków rodziny zatrzymał się na takowej, z chęcią to oglądałam. Teraz przypominam też sobie, że zawsze marzyłam o łyżwach. Co z tego, że jeszcze wtedy nie postawiłam ani razu nogi na lodzie? :) Być może wynikało to z fascynacji pewną czarodziejką, Cornelią Hale, która również była łyżwiarką!

Moja miłość do łyżwiarstwa figurowego rozkwitła jednak na dobre parę lat temu. We wrześniu 2015 roku zakupiłam swoją pierwszą parę łyżew, oczywiście postawiłam na figurowe (które możecie oglądać na zdjęciu powyżej). Nie mogłam się doczekać aż otworzą jedno z poznańskich lodowisk (Chwiałka działa zwykle od września do kwietnia) i wkrótce wypróbowałam pierwszy nabytek. Aktualnie jestem w trakcie nauki jazdy tyłem i hamowania. Ja wiem, to kompletne podstawy, jednak każdy od czegoś zaczynał, prawda? Moim małym marzeniem jest wykonanie kiedyś potrójnego axla. Jest to jeden z najtrudniejszych skoków łyżwiarskich, ale wierzę, że dzięki ciężkiej pracy, za x lat uda mi się to osiągnąć! :D Może i nie dorównam Evgenii Miedviedievej czy Yuzuru Hanyu - aktualni mistrzowie świata solistek i solistów (wyłonieni w ciągu ostatnich kilku dni!), ale grunt, żeby czerpać radość z tego, co się robi. Nie ważne na jakim poziomie!

A czy Wy czerpiecie radość z aktywności fizycznej? Dzięki jakiemu rodzajowi ruchu czujecie się najlepiej? A może jednak nie lubicie sportu i wolicie tylko czytanie książek (lub inne "siedzące" czynności)? :p

organizatorki akcji Fit Książkoholik:

31 marca 2017

Podsumowanie miesiąca: marzec

Nie da się ukryć, czas pędzi do przodu niesamowicie szybko. Widzę to w kontekście chociażby własnej nauki: dopiero co przyszłam do szkoły podstawowej, składałam papiery do gimnazjum, pisałam trzydniowy egzamin i uczestniczyłam w rekrutacji do liceum, a teraz... Jestem tuż przed maturą. Ostatni etap edukacji szkolnej, ostatni miesiąc. Czym, w porównaniu do tego, jest trzydzieści dni, które teraz podsumowuję? No cóż, ziarnkiem w morzu, ale i nawet na to ziarnko warto zwrócić uwagę. Szczególnie, że było całkiem udane czytelniczo. Marzec kończy się z czterema przeczytanymi książkami, co jest dla mnie całkiem niezłym wynikiem (szczególnie biorąc pod uwagę to, że... no właśnie, matura i ciężko znaleźć czas na coś, co nie jest nauką).

"Kuzynki" Andrzej Pilipiuk
Marzec rozpoczęłam od polskiej fantastyki. Czy dobrej, nie powiedziałabym, ale ostatecznie twierdzę, że tę lekturę całkiem dobrze się czytało. Było to też moje pierwsze spotkanie z twórczością Andrzeja Pilipiuka i, przyznaję, mam ochotę na więcej (o czym też wspominałam w recenzji - kliknij tutaj). Powieść opiera się na bardzo ciekawym motywie, jednak wykonanie... Tu jest gorzej. W historii o kuzynkach Kruszewskich i pewnej dziewczynie z terenu byłej Jugosławii. No i zdecydowanie rozczarowało mnie zakończenie tej niedługiej książki. Faktycznie, otworzone wątki zostały doprowadzone do końca, jednak zabrakło "tego czegoś". Mimo to, chcę sięgnąć po kolejną część serii, jestem ciekawa, czy poziom się podniesie czy wręcz przeciwnie - spadnie. Bardzo interesują mnie również inne książki Andrzeja Pilipiuka - historie o Jakubie Wędrowyczu, egzorcyście-alkoholiku.

"Przez ostatnie pięćdziesiąt lat polska literatura upadła ostatecznie. Wszystko trąci upiorną, obezwładniającą nudą. Powielane schematy, papierowi bohaterowie, szczątkowa akcja..."

"Zdążyć przed Panem Bogiem" Hanna Krall
Jedna z dwóch lektur szkolnych, które miałam okazję przeczytać w całości w minionym miesiącu (o drugiej z nich kawałek dalej). Na języku polskim w końcu weszliśmy w czasy drugiej wojny światowej. Nie mogłam się doczekać szczególnie wierszy Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Jest to jeden z tych poetów, których darzę szczególną sympatią. Wróćmy jednak do książki, o której chcę napisać parę słów. Reportaż Hanny Krall powstał na podstawie rozmowy autorki z Markiem Edelmanem i opowiada o życiu w getcie warszawskim i powstaniu, które wybuchło tam w 1943 roku. Edelman często też odnosi się do swojego życia już po wojnie, kiedy pracował jako kardiochirurg i o tym, jak na niego wpłynęły doświadczenia wojenne. Książkę czyta się szybko, jednak... no cóż, przyznaję, że ciężko jest ogarnąć wszystkie osoby tam występujące. Nie byłoby problemu, gdyby nie mówiło się o nich podczas zajęć szkolnych...

Książka bierze udział w ABC czytania i Olimpiadzie Czytelniczej.

"Tytany" Victoria Scott
Kolejną pozycją ukończoną w marcu są "Tytany" Victorii Scott, autorki znanej przede wszystkim z dylogii "Ogień i woda". Jeśli czytaliście recenzję (kliknij tutaj) wiecie, że książka naprawdę mi się spodobała. To dobrze skonstruowana młodzieżówka, z wieloma charyzmatycznymi i sympatycznymi bohaterami, przepełniona akcją, a więc ciężko się przy niej nudzić. Również same postacie mechanicznych koni to niezwykle ciekawy koncept. Jednocześnie "Tytany" rozbudziły we mnie jeszcze większą chęć sięgnięcia po "Wyścig śmierci" Maggie Stiefvater. Niewykluczone, że pokuszę się nawet o porównanie tych dwóch książek i zmierzenie się z zarzutami, jakoby Victoria Scott stworzyła plagiat. To wciąż jednak pozostaje kwestią otwartą, zobaczymy, co przyniesie przyszłość. Na tę chwilę mogę powiedzieć, że historię o mechanicznych koniach będę wspominać naprawdę dobrze i z czystym sumieniem jestem w stanie ją polecić.



"Inny świat" Gustaw Herling-Grudziński
Oto właśnie ta druga lektura, o której chcę napisać. Jest to jednocześnie czwarta książka, którą udało mi się przeczytać w minionym miesiącu. Jest to zapis historii, którą przeżył sam autor w jednym z radzieckich łagrów. Skupia się na pewnych osobach w celu pokazania różnych postaw, którzy więźniowie przyjmowali podczas pobytu w tym małym piekle. Dosyć szczegółowo są opisane warunki tam panujące, problemy, z którymi musieli się zmagać często niewinni ludzie, oskarżeni o coś, czego nie zrobili (lub zrobili, ale ich wina została wyolbrzymiona przez NKWD). Sama książka pewnie wydałaby mi się ciekawsza, gdybym nie musiała przeczytać jej w ciągu zaledwie dwóch dni, gdybym nie czytała jej pod przymusem (no tak, lektura szkolna). Możliwe, że jeszcze kiedyś zrobię ponowne podejście do prozy Grudzińskiego, na spokojnie, bez stresu, że nie zdążę dotrzeć do końca przed wyznaczonym czasem. Ciężko powiedzieć, czy polecam tę książkę. 

Książka bierze udział w ABC czytania i Olimpiadzie Czytelniczej.

To tyle z książek przeczytanych przeze mnie w marcu. Sądzę, że to całkiem niezły wynik, biorąc pod uwagę stosunek wolnego czasu do tego poświęconego na naukę. Nie da się ukryć, matura już za pasem. Mam nadzieję, że wytrzymam to całe napięcie w kwietniu, powtórzę cały materiał i podejdę do egzaminu doskonale przygotowana. Mój priorytet na kwiecień to oczywiście nauka. Nie mniej jednak, mam w planach dokończenie "Prawdodziejki" S.Dennard i przeczytanie "Przebudzenia ziemi: Udręczonych" Michała Podbielskiego, otrzymanego dzięki współpracy z Autorem. A Wy, jakie macie plany na najbliższe trzydzieści dni? I jak podsumujecie marzec?

29 marca 2017

"Gildia magów" T.Canavan


Nazwisko tej australijskiej autorki jest rozpoznawalne w świecie fantastyki. Trudi Canavan już gościła na moim blogu - wtedy to pojawiła się recenzja jej zbioru opowiadań "Szepty dzieci mgły". Dziś chcę wam przedstawić książkę, od której rozpoczęłam przygodę z prozą tej pisarki. "Gildię magów", bo to o niej mowa, wypatrzyłam po bardzo promocyjnej cenie w jednym z dyskontów. Zachęcona pozytywnymi opiniami na temat całej Trylogii Czarnego Maga, postanowiłam zaryzykować i zakupiłam sobie ten tomik. Później na moją półkę dotarły też dwie kolejne części, ale to już inna historia. W każdym razie - to chyba wskazuje na to, że wystarczająco wciągnęłam się w świat, aby mieć ochotę na kontynuowanie serii, czyż nie?

Fabuła tej książki jest prosta jak budowa cepa. Otrzymujemy młodą bohaterkę należącą do najniższej klasy społecznej - Soneę, która postanawia zbuntować się przeciwko systemowi. Ale spokojnie, to wcale nie kolejne "Igrzyska śmierci", wszak mamy tu do czynienia z nieco innym rodzajem sprzeciwu. Sonei nie podobają się czystki, które odbywają się corocznie na ulicach Imardinu. Poza granice miasta wyganiani są bezdomni, żebracy, ulicznicy, a tego roku, pośród nich, znajdują się również członkowie rodziny i przyjaciele nastolatki. Dziewczyna więc postanawia cisnąć kamieniem w jednego z magów gildii, który uczestniczy w tym wydarzeniu. Nikt się jednak nie spodziewa, nawet sama zainteresowana, że ów kawałek głazu przebije tarczę i wyrządzi krzywdę czarodziejowi. Jest to wydarzenie na tyle niezwykłe, że cała gildia zostaje postawiona na nogi, gdyż trzeba odnaleźć nieszkoloną magiczkę, której niekontrolowana moc może przynieść wiele szkód.
"Wiesz dobrze, że ukrywanie tajemnic za drzwiami wymaga pewnej praktyki. Im bardziej martwisz się o to, że coś się wyda, tym trudniej ci to ukryć."
Mam naprawdę mieszane uczucia co do "Gildii magów". Z jednej strony prosta fabuła pierwszego tomu, której rozwiązania nie sposób się nie domyślić, to zaleta, z drugiej - wada. Przygody bohaterki śledzi się naprawdę szybko i dosyć przyjemnie, aczkolwiek brakuje charakterystycznego dla fantasy napięcia (nie mylić z napięciem w powieściach grozy!), zwrotów akcji. W pewnych momentach nawet zaczynałam się nudzić... Niestety, Trudi Canavan nie udało się uniknąć dłużyzn. Książka zdecydowanie mogłaby być krótsza, a fabuła nie straciłaby wiele. Wręcz przeciwnie, całość mogłaby zyskać na jakości i otrzymać wyższą ocenę końcową.

Kyrialia obfituje nie tylko w zwyczajnych ludzi, ale również w wielu magów. Już teraz jest ich wielu, a wciąż rodzą się i dorastają dzieciaki z magicznymi mocami. Podczas czytania książki czasami zastanawiałam się, jakim cudem oni mieszczą się na stosunkowo niewielkim terenie gildii? No cóż, to chyba na zawsze pozostanie zagadką. Całe szczęście, że wszyscy ci magowie nie są bohaterami powieści, bo nie sposób byłoby ich zapamiętać. Wśród mieszkańców kyraliańskiej gildii na pierwszy plan wysuwa się jej przywódca, Akkarin - postać bardzo schematyczna, ale też potrafiąca wzbudzić skrajne uczucia u czytelnika (szczególnie w kolejnych częściach trylogii). Poznajemy też mentora Sonei, Rothena, jego przyjaciela Dannyla, dość nieprzyjemnego typa Ferguna czy administratora Lorlena. Naprawdę, czasem ciężko pogubić się w tych wszystkich postaciach. Na domiar złego (dobrego?), mamy jeszcze kilku bohaterów wśród niemagicznej części Imardinu, a na pierwszy plan wysuwa się Ceryni. Młody chłopak to przyjaciel Sonei. Mamy więc do czynienia z kalejdoskopem postaci i, niestety, tutaj chyba mój największy zarzut do autorki - są to osobistości dosyć jednoznaczne i właściwie bezbarwne. Żadnego nie zapamiętam na dłużej, a jeśli już, to po jednej cesze. A przecież to nie pojedyncze przymioty stanowią o człowieku, prawda?
"... ćwiczenia fizyczne są równie ważne jak umysłowe. Jeśli zaniedbasz ciało... to zaniedbasz również umysł."
Nie podoba mi się wydanie kieszonkowe od Galerii Książki. Strony są stosunkowo cienkie, a okładka bardzo łatwo może ulec zniszczeniu (jest wyjątkowo miękka). Mam ogromną nadzieję, że inne wydania owej trylogii są dużo lepszej jakości. Szczególnie, że to wydawnictwo jest w stanie porządnie wydawać tomiki. Mam na półce kilka tytułów od nich i nie mogę powiedzieć o nich złego słowa. Jeśli już o samej otoczce mowa, jestem zadowolona z zamieszczonych w książce mapek. Możemy przyjrzeć się dokładniej planowi Gildii Magów, Imardinowi czy całej Kyralii.

Nie wiem, naprawdę nie wiem, czy mogę polecić "Gildię magów". Ja wspominam ją całkiem dobrze, chociaż jestem świadoma wad, jakie posiada książka. Jeśli więc macie ochotę wejść do świata kyraliańskich magów i śledzić przygody Sonei - możecie pokusić się o tę powieść. Jeśli jednak szukacie bardzo dobrej powieści fantasy... Cóż, szukajcie dalej.

★★★★★✰✰✰✰✰

|| Gildia magów || Trudi Canavan ||
|| liczba stron: 478 || Galeria Książki || przekład: Agnieszka Fulińska ||
|| fantastyka || fantasy ||

26 marca 2017

Pierwszy rok bloga!

Dzisiaj będzie krótko i na temat. Dokładnie rok temu powstała Książkowa Królowa. Ostatni rok był to czas ciągłego pisania i chyba po raz pierwszy mi się to udało. Zdarzały się dłuższe i krótsze przerwy, jednak właściwie przez całe ostatnie dwanaście miesięcy byłam bardziej lub mniej aktywna (wyjątek stanowi listopad, mały kryzys - jedyny miesiąc, w którym nie pojawił się żaden post). Przyznaję, już wcześniej miałam książkowe blogi, jednak na żadnym jeszcze nie odniosłam takiego sukcesu. To wszystko zawdzięczam nie tylko sobie i swojej ciężkiej pracy, ale również Wam - czytelnikom! W końcu nikt nie chce pisać w eter, prawda? To dzięki Wam miałam motywację, aby pisać, kiedy mi się nie chciało. Stworzyliśmy tutaj małą społeczność, z której jestem niezwykle dumna. Dziękuję Wam - za to, że jesteście tutaj ze mną!

Zastanawiałam się, w jaki sposób uczcić rok bloga. Pomyślałam o jakimś rozdaniu, konkursie, jednak, jeśli już miałby dojść do skutku, będzie to jakoś na początku wakacji (czerwiec, może lipiec). Sami rozumiecie, najbliższy czas będzie dla mnie bardzo ciężki, w końcu to miesiąc przed maturą! W każdym razie, chętnie się dowiem, jakie książki chcielibyście zobaczyć jako nagrody w takim konkursie. Wolicie też formę, gdzie jest zadanie do wykonania czy po prostu losowanie?

Z ogłoszeń parafialnych - pojawię się na Pyrkonie (festiwal fantastyki w Poznaniu), najprawdopodobniej w sobotę 29 kwietnia. Jeśli ktoś miałby ochotę się spotkać, porozmawiać, zrobić wspólne selfie z Królową Książek - zapraszam do kontaktu prywatnego! :) Warto pojawić się na Pyrkonie ze względu na niesamowitą atmosferę (to będzie już czwarta edycja, na której się pojawię), mnóstwo stoisk z ciekawymi, również książkowymi gadżetami, wielu interesujących gości (wśród pisarzy pojawią się między innymi Jacek Grzędowicz, Jakub Ćwiek, Andrzej Pilipiuk, Maja Lidia Kossakowska, czy nawet... Samantha Shannon!) i wiele ciekawych prelekcji. Warto! A dla tych, którzy nie pojawią się na tym konwencie, postaram się przygotować małą relację. :)

Na koniec zostawiłam sobie suche fakty, czyli statystyki! W ciągu jednego roku odwiedziliście mnie 9 346 razy, a na dłużej postanowiło zostać całe 98 osób! Wspólnymi siłami pozostawiliśmy 510 komentarzy pod 49 postami (ten post, który aktualnie czytacie, jest pięćdziesiątym), w tym pod 28 recenzjami. Jeśli już przy recenzjach jesteśmy, udało mi się otrzymać dwie książki do recenzji: "Oblubienice wojny" Helen Bryan (recenzja) oraz "Wojny żywiołów" Michała Podbielskiego, które aktualnie są w drodze do mojego domu. :)

Dziękuję!

22 marca 2017

Wiosenny Tag Książkowy

Tak, kochani, mamy już wiosnę! Wczoraj, dwudziestego pierwszego marca, zaczęła się nowa pora roku. Już od jakiegoś czasu czuć, że jest coraz cieplej, a i słońce częściej nam świeci. Żyć, nie umierać! Maturzyści, czyli między innymi też ja, już czują zbliżający się egzamin dojrzałości na karku. Ostatnie tygodnie nauki w szkole ponadgimnazjalnej, ostatnie tygodnie powtórek. Ja jednak nie o tym. Wczorajszy pierwszy dzień wiosny jest idealną okazją, aby wrzucić na bloga odpowiedni tag książkowy jako forma odpoczynku od częstych ostatnio recenzji! :)

1. Bocian, czyli książka, do której co roku wracasz.
Mówiąc szczerze, nie mam takiej książki. Nie przepadam za powtórnym czytaniem książek, które już znam. Aczkolwiek od dłuższego czasu chcę przypomnieć sobie serię o Ani Shirley i doczytać te tomy, których jeszcze nie poznałam ( i przy okazji uzupełnić kolekcję na półce). :D

2. Przebiśnieg, czyli pierwsza książka, którą przeczytałaś tej wiosny.
Ostatnio ukończyłam... "Inny świat" Grudzińskiego. To było jednak przed oficjalnym, kalendarzowym rozpoczęciem się wiosny, a więc moim pierwiosnkiem będzie "Prawdodziejka" Susan Dennard, za którą się aktualnie zabrałam. 

3. Marzanna, czyli książka-rozczarowanie, którą z chęcią byś utopiła.
Jestem bardzo rozczarowana "Porwaną pieśniarką" Danielle L Jensen. W recenzjach naczytałam się, jaki to świat wykreowany przez autorkę nie jest świetny, jacy to bohaterowie nie są cudowni i jakie to wydarzenia nie są oryginalne. A co dostałam? Dosyć przeciętną książkę, z faktycznie interesującym miastem Trollus, ale za to schematycznymi postaciami i fabułą. Kiepsko.

4. Motyl, czyli nowo odkryty autor, którego pokochałaś.
Ostatnio (jeszcze w ubiegłym roku, ale to nic! :D) zauroczyłam się w twórczości Lici Troisi. Serio. Może i fantastyka w jej wydaniu nie jest tą z najwyższej półki, mnie jednak ujęła historia Nihal z Krainy Wiatru. Niedługo rozpocznę kolejną trylogię tej autorki, Wojny Świata Wynurzonego, i liczę na kolejną dawkę cudownej rozrywki!

5. Krokus, czyli piękna i wyjątkowa książka.
"Ania z Zielonego Wzgórza"! Mam ogromny sentyment do tej powieści, a w okładce sprezentowanej czytelnikom przez Wydawnictwo Literackie prezentuje się naprawdę wyjątkowo.

6. Zawilec, czyli książka, którą spotykasz wszędzie.
Ostatnio bardzo często widuję powieści Remigiusza Mroza: "Inwigilację" (o ile się nie mylę, jest to jedna z najnowszych powieści autora?), "Wotum nieufności", "Ekspozycję". Bardzo często przed oczami pojawiają mi się też takie tytuły jak "Naznaczeni śmiercią" Veroniki Roth czy "Zakazane życzenie" Jessici Khoury.

7. Cudowne skowronki, czyli osoby, które nominuję do wykonania tagu!
Do zabawy serdecznie zapraszam Dominikę, Justyśkę, Kitty Aillę oraz Olę! Do wykonania tego tagu zachęcam też osoby, które po prostu mają ochotę to zrobić. :)

18 marca 2017

"Tytany" V.Scott

Nazwisko Victorii Scott wielokrotnie pojawiało się w polskiej blogosferze w ostatnim czasie. Jej książki, zarówno te z cyklu "Ogień i woda", jak i "Tytany", zbierają niezwykle dobre oceny. Mi było dane zapoznać się z jej powieścią właśnie o wyścigach na stalowych koniach. Zawodach, którymi niezwykle zafascynowana nastoletnia Astrid, jednak z drugiej strony ich nienawidzi ze względu na hazard jej ojca i grożącą całej jej rodzinie eksmisję. W pewnym momencie przed dziewczyną pojawia się szansa na wzięcie udziału w zawodach i zapewnienie sobie i swoim najbliższym lepszej przyszłości. A w tym wszystkim ma jej pomóc pewien tytan, który nie jest tylko maszyną.

Mechaniczne konie są naprawdę niesamowite. Wyścigi tych maszyn naprawdę potrafią zafascynować. Victoria Scott miała świetny pomysł nie tylko na wykreowanie rzeczywistości, w której żyją bohaterowie książki, ale również na poszczególne wątki i pojedyncze wydarzenia. Nie wiem, czy jest to pomysł oryginalny - spotkałam się z wieloma opiniami, że całość znacząco przypomina wydany kilka lat wcześniej "Wyścig śmierci" Maggie Stiefvater. Nie przeszkadzało mi to w czytaniu, gdyż ja po raz pierwszy spotkałam się z takim motywem. Być może osobom, które czytały historię o Wyścigu Skorpiona, będzie to wadzić.
"Wyryjcie swoje cele w kamieniu - mówi. Trzymajcie kamień w pobliżu. Każdego ranka, gdy wkładacie go do kieszeni, i każdego wieczoru, kiedy go wyjmujecie, powtarzajcie je sobie. Spójrzcie w lustro. Powiedzcie sobie, że macie wszystko, czego trzeba do osiągnięcia tego celu."
 Akcja pędzi w zawrotnym tempie. Nic więc dziwnego - na nieco ponad trzystu stronach dzieje się naprawdę wiele. Poza obserwowaniem samych zawodów, w których uczestniczą tytany i ich dżokeje, czytamy o wydarzeniach towarzyszących wyścigom, ale też o pewnych problemach, które bezpośrednio wpływają na główną bohaterkę. Scott poruszyła problemy różnic społecznych na tle posiadanego majątku (relacja biedni-bogaci), hazardu, przemocy w związku, bezrobocia. Zostały one zgrabnie wplecione w fabułę i stanowią jej doskonałe dopełnienie. Przyznaję jednak szczerze, że niektóre z nich mogłyby zostać nieco bardziej rozwinięte. Zabrakło mi trochę więcej o siostrach Astrid czy jej matce - każda z nich mogłaby wnieść jeszcze więcej do całości.

Jestem zadowolona z kreacji bohaterów, zarówno pierwszoplanowych, jak i drugoplanowych. W końcu jakaś autorka książek młodzieżowych powstrzymała się przez stworzeniem irytującej protagonistki! Młoda Astrid Sullivan wykazała się nie tylko inteligencją (momentami wręcz zbyt wielką jak na ten wiek), ale również poczuciem humoru. Skradła ona moją sympatię, podobnie jak jej najlepsza przyjaciółka, Magnolia. Warto też wspomnieć o innych bohaterach, którzy jeszcze bardziej ubarwili powieść: Gałgan, zrzędliwy staruszek i niejako przyczyna przygód Astrid, kobieta z wyższych sfer, Lottie, głowa rodziny Sullivanów czy jego małżonka, która miała dosyć osobliwe zajęcie, jakim jest zajmowanie się cudzymi ogrodami w ciągu nocy. Zabrakło mi natomiast Harta Rileya. Naprawdę, nie obraziłabym się, gdyby występował ciut częściej!
"Życie nie zawsze jest bajką. Życie  r z a d k o  jest bajką."
 "Tytany" to naprawdę dobra młodzieżówka, będąca nie tylko rozrywką samą w sobie, ale potrafiąca skłonić do refleksji. Historia wciąga, nie pozwala się oderwać, a zakończenie jest naprawdę satysfakcjonujące. Jestem w stanie z czystym sercem polecić tę książkę nie tylko grupie docelowej, do której jest skierowana, ale i nieco starszym czytelnikom. Jeśli więc macie ochotę na coś lekkiego. co jednak może stać się pretekstem do rozmyślań i/lub trochę rozrywki, powieść Scott się nada. Osobiście nie mogę się doczekać, kiedy sięgnę po inne lektury spod jej pióra!

★★★★★★★★✰✰

|| Tytany || Victoria Scott ||
|| liczba stron: 336 || IUVI || przekład: Matylda Biernacka ||
|| fantastyka || literatura młodzieżowa ||

Książka bierze udział w wyzwaniach: Olimpiada czytelnicza 2017 oraz ABC czytania 2017.