31 stycznia 2017

Podsumowanie miesiąca: styczeń

Jak ten czas szybko leci! Dopiero co byłam na zabawie sylwestrowej, a teraz już podsumowuję minione trzydzieści jeden dni. Styczeń minął stosunkowo spokojnie, nie licząc studniówki, na której wybawiłam się na wsze czasy. Powiem nawet, że mam ochotę jeszcze raz pójść na jakąś potańcówkę w miłym gronie i zwyczajnie dobrze się zabawić. Czytelniczo miesiąc ten wypadł dosyć... przeciętnie. Ukończone całe trzy książki, rozpoczęta czwarta. Do mojej biblioteczki trafiły też dwie nowe powieści - "Margo" Tarryn Fisher, którą sprawiłam sobie sama, a także "Cień wiatru" Zafóna - moja wygrana w konkursie u Turkusowej Sowy

"Ferdydurke" Witold Gombrowicz
Błagam, nie próbujcie mi wmawiać, że jest to przegenialna lektura. Gombrowicza w tej formie nie rozumiem (po inne jeszcze nie sięgałam) i chyba nie chcę zrozumieć. Powiem więcej - skutecznie zraziłam się do surrealizmu i nie mam zamiaru sięgać po ten gatunek w najbliższym czasie. "Ferdydurke" zaliczam do jednej z najgorszych szkolnych lektur, jakie miałam okazję czytać. Jest to jedna z niewielu książek w życiu, którymi realnie miałam ochotę rzucać o ścianę. Chcę o tym zapomnieć, nie chcę do tego wracać. Recenzji tej książki nie uświadczycie na moim blogu, nie ma na to szansy. "Dzieło" Gombrowicza uważam za przerost formy nad treścią i kompletnie nie rozumiem, jak to może podobać się ludziom. No ale okej - są gusta i guściki. Modlę się tylko o to, abym nie musiała czytać fragmentów tej książki na maturze. Abym nie musiała o niej pisać czy mówić. Jest okropna.
"Koniec i bomba, a kto czytał ten trąba." - A oto chyba jedyne sensowne zdanie w całej tej lekturze...

Książka bierze udział w wyzwaniach: Olimpiada czytelnicza 2017 oraz ABC czytania 2017.

"Porwana pieśniarka" Danielle L Jensen
Druga powieść przeczytana w styczniu. Pocieszenie po tragicznym, przymusowo czytanym "Ferdydurke". Zdecydowanie "Porwana pieśniarka" nie jest książką genialną, ani nawet bardzo dobrą. Kompletnie nie potrafię odnaleźć się w wielu recenzjach, w których powieść ta wychwalana jest pod niebiosa. Przeczytałam, nawet się wciągnęłam, jednak... No cóż, to tylko przeciętna młodzieżówka ze świetnym miejscem akcji (Trollus) oraz niezwykle schematycznymi bohaterami i wydarzeniami. No i przepiękną okładką, która ozdabia moją już przepełnioną półkę z książkami. Niewykluczone, że kiedyś ją odsprzedam, na razie jednak zagrzewa u mnie swoje miejsce. Recenzja tej książki ukazała się już na blogu, a znajdziecie ją pod tym linkiem. Być może za jakiś czas sięgnę po dwie kolejne części trylogii, noszące tytuły "Ukryta łowczyni" oraz "Waleczna czarownica". Moje oczekiwania wobec nich nie będą jednak za duże, nie chcę się rozczarować. W ogóle ostatnio jakoś tak przechodzi mi ochota na książki młodzieżowe, a chcę czytać dojrzalsze pozycje.

"Mój Siergiej. Opowieść o miłości" Jekatierina Gordiejewa
Po tę książkę sięgnęłam ze względu na uczucie, jakim darzę łyżwiarstwo figurowe. Aktualnie nie mam zbyt dużych możliwości rozwoju w tym sporcie, a więc wynagradzam to sobie sięgając po książki o tej tematyce. "Mój Siergiej..." jest biografią utytułowanej rosyjskiej łyżwiarki, Jekatieriny Gordiejewy, od dzieciństwa do momentu śmierci jej partnera z lodowiska i z życia prywatnego - Siergieja Grinkova. Jest to opowieść momentami wzruszająca, ale częściej wywołująca uśmiech na twarzy. No i, przede wszystkim, napisana przez życie. To nie fikcja literacka, to spisane fakty, historia, która zdarzyła się naprawdę i to całkiem niedawno: w latach 80. i 90. ubiegłego wieku. Była to moja pierwsza biografia, jaką miałam okazję przeczytać, ale już teraz wiem, że nie ostatnia. Moje myślenie o tym gatunku zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Przekonałam się, że zapis czyjegoś życia nie musi być nudny - wręcz przeciwnie! Życie nie jest nudne, życie jest interesujące. Zdecydowanie warto było sięgnąć po tę książkę. Jej recenzję zaplanowałam na najbliższą sobotę, 04.02.

Dopiero co zaczęłam ferie zimowe, ostatnie w swoim życiu (a przynajmniej ostatnie w takiej formie). Z pewnością część czasu poświęcę nauce i powtarzaniu materiału, bo zależy mi na dobrym wyniku z egzaminów z aż trzech przedmiotów: matematyki podstawowej oraz biologii i chemii rozszerzonych. Oczywiście nie zamierzam całych dwóch tygodni przesiedzieć z nosem w podręcznikach. Chcę też co nieco poczytać, między innymi "Światła września" oraz "Cień wiatru" Zafóna, popularną ostatnio "Margo", być może też w końcu zabrać się za kontynuowanie Zwiadowców czy przeczytanie "Mechanicznego anioła" Cassandry Clare.

Na koniec pozostawiłam sobie podsumowanie tego, co przez styczeń działo się na blogu. W ciągu ostatniego miesiąca opublikowałam rekordową liczbę postów, bo aż osiem, łącznie z tym, który akurat czytacie. Ja wiem, dla niektórych jest to bardzo mało, ale ja jestem z siebie dumna. W liczbie tych ośmiu postów znalazło się pięć recenzji, a oprócz tego pochwaliłam się jednym stosikiem oraz odpowiedziałam na jedną nominację do Liebster Blog Award. Bloga obserwuje 71 osób, co oznacza, że od końca grudnia przybyły ich cztery. W ostatnim miesiącu blog był wyświetlany 1422 razy, co wlicza się do łącznej sumy 7009 wejść od momentu istnienia Królowej Książek. Dziękuję Wam, gdyby nie Wy, wynik ten byłby znacznie niższy.

A jak Wy podsumowujecie miniony miesiąc? Jakie macie plany na luty?

28 stycznia 2017

Liebster Blog Award edycja druga

Nowy rok i duża dawka zapału do pracy. Powinnam tę energię przeznaczać na powtarzanie materiału - w końcu matura za niecałe sto dni (tak, studniówka już była :p)! Jestem jednak jak stereotypowy student przed sesją i zamiast się uczyć, robię cokolwiek innego, włącznie z patrzeniem się w sufit. Czasami ten czas wykorzystuję też ten czas na pisanie recenzji, co nawet całkiem nieźle mi idzie - dlatego ich ostatnio tyle na blogu. No ale cóż, czasem trzeba sobie zrobić od nich przerwę i napisać coś innego. A więc oto jestem ze znaną nominacją Liebster Blog Award, a do zabawy zaprosiła mnie Wiktoria z bloga wiktoriaczytarazemzwami.blogspot.com. Dzięki!

1. Kiedy masz dłuższe wolne, planujesz, co będziesz czytać czy lecisz na spontana?
Zdarzało się, że planowałam lektury na najbliższe dni, no ale... Plany swoje, a życie swoje. Ostatecznie więc ta sfera życia pozostała kompletnie spontaniczna i czytam to, na co akurat mam ochotę! Najczęściej są to książki wypożyczone z biblioteki, ale zdarzają się też te z własnej półki.

2. Największe marzenie? I jak próbujesz je spełnić?
Podobno nie mówi się, jakie ma się marzenie, bo się ono nie spełni. :p No ale okej, zdradzę co nieco: chciałabym kiedyś wystartować w zawodach łyżwiarstwa figurowego (adult skating). Jak to realizuję? No cóż, staram się chodzić na lodowisko i ćwiczyć tam pewne elementy.

3. Jak rozpoczynasz swój dzień?
Albo przymusowym zwleczeniem się z łóżka, albo leżeniem i oglądaniem filmików na YouTube.

4. Opisz swojego bloga jednym słowem.
Oj, ciężkie zadanie. W ogóle nie lubię opisywać swoich "dzieł", ale skoro jest takie zadanie... Sprostam! :D Mojego bloga opiszę słowem... radość. Zarówno pisanie bloga, jak i cała otoczka wokół niego sprawiaja mi naprawdę sporo radości!

5. Twoje plany na najbliższy tydzień?
Jako że właśnie zaczynam ferie, mam zamiar trochę poczytać, trochę się pouczyć (taak, matura jednak nade mną wisi), wyjść raz lub dwa razy na lodowisko, odpocząć i wyspać się.

6. Ulubione miejsce na świecie, do którego zawsze chętnie wracasz?
Bezgranicznie zakochałam się w czeskiej stolicy, Pradze. Jestem tam dosyć często myślami, bo fizycznie na razie nie mam możliwości tam być. W tym mieście byłam raz, ale bardzo pragnę tam wrócić i jeszcze lepiej je poznać. Oprócz tego, mogłabym w tym punkcie wymienić Sudety. <3

7. Dzień bez czego jest dniem straconym?
Bez kaaaaawy. :p

8. Jedzenie, od którego jesteś uzależniona?
Zdecydowanie słodycze, niestety.

9. Zawsze kiedy nie mam weny...
...robię coś, żeby ją jednak mieć! Jeśli brak mi weny na pisanie postów - przeglądam albo inne blogi, albo moje notatki do recenzji i jednak próbuję coś napisać. A jeśli do czegoś innego, no cóż - robię wszystko, aby jakoś się zmobilizować i jednak zyskać tę wenę.

10. Trzy książki, o których nigdy nie zapomnę to...
Zdecydowanie seria o Ani Shirley, do której mam ogromny sentyment (seria jako jedna całość, umieszczam tu jako jedną książkę). Oprócz tego "Pierwsze prawo magii" i kolejne części "Miecza Prawdy" oraz Kroniki Świata Wynurzonego - moje odkrycie 2016 roku!

11. Pierwszy post, który wrzuciłaś na bloga to...
Recenzja wcześniej wspomnianej "Ani z Zielonego Wzgórza", opublikowana w drugiej połowie marca ubiegłego roku. Post znajdziecie tutaj.

Do LBA nominuję następujące osoby: Skryta KsiążkaSylwiaCharlotte AndellSuomi, DovikoStorm WindSusan KelleyKamila B.Pożeraczka KsiążekJulia K.

Moje pytania do Was:
1. Czy jakieś książkowe nowości wpadły Ci w oko? Jakie?
2. Co robisz w wolnym czasie, jeśli nie czytasz książek?
3. Lubisz oglądać ekranizacje książek? Jaka jest Twoja ulubiona?
4. Wolisz bardziej realne książki czy fantastyczne światy?
5. Jakie są Twoje cele, związane z blogiem, na najbliższy czas?
6. Czy jesteś zadowolona ze swojej blogowej pracy?
7. Jaka pora roku jest, według Ciebie, najlepsza na czytanie?
8. Co popijasz lub podjadasz w czasie czytania?
9. Z jakiej dotychczasowej recenzji jesteś najbardziej dumna?
10. Jakiego motywu w książkach najbardziej nie lubisz?
11. Jak dużo czasu w ciągu doby przeznaczasz na czytanie?

25 stycznia 2017

"Bez strachu. Jak umiera człowiek" A.Ragiel, M.Rigamonti

Dziś chcę Wam przedstawić książkę inną niż te, o których miałam okazję pisać na blogu. To pozycja odmienna nie tylko pod względem formy (zamiast powieści - wywiad-rzeka), ale również tematyki. Zapis rozmowy balsamisty Adama Ragiela z dziennikarką Magdaleną Rigamonti pozwala choć trochę poznać świat umierania, tajemnicę odchodzenia i tego, co dzieje się z naszym ciałem, kiedy dusza już je opuści. Żyjemy w kulturze, w której śmierć stanowi niejako temat tabu: o tym się po prostu nie mówi, mimo że każdego z nas i tak to kiedyś czeka. Autorzy książki nie boją się konfrontacji z tym tematem i przedstawiają czytelnikowi zwyczajnie, po ludzku, jak to wszystko wygląda - z perspektywy wciąż żywych. Bez ubarwiania, bez domysłów.

Ciężko mi pisać na temat książki, która nie jest powieścią. "Bez strachu..." wywołało u mnie w pewnym sensie pozytywne uczucia. Z jednej strony umocniła mnie w przekonaniu, że warto dbać o swoje zdrowie i życie, z drugiej - że organizm ludzki jest niesamowitym, ale i delikatnym naczyniem dla duszy. Nasza egzystencja na tym świecie w każdej chwili może się skończyć. Nasze ciało jednak pozostanie, a rodzina będzie się chciała z nami w taki czy inny sposób pożegnać. I tutaj właśnie wkracza pan Adam Ragiel czy inne osoby jemu podobne, zajmujące się przygotowaniem ziemskiej powłoki do pogrzebu.
"Świadomość śmierci powinna nam towarzyszyć każdego dnia, gdzieś z tyłu głowy trzeba ją nosić. Myślę, że w każdym domu powinien być jakiś element przypominający o śmierci."
Spodobało mi się to, że autorzy nie boją się poruszać trudnych tematów, takich jak śmierć dzieci czy samobójstwa. W końcu nie wszyscy umierają w podeszłym wieku, nie dla wszystkich odejście z tego świata jest też całkiem bezbolesne i nie kończy się po prostu zaśnięciem na wieki. Do zadań balsamisty należy poskładanie ciała w całość i zakonserwowanie go, nie pozwolenie na proces rozkładu, a nie tylko ubranie i umalowanie zmarłego, jak wiele osób wciąż myśli.

Książkę "Bez strachu. Jak umiera człowiek" warto przeczytać i uświadomić sobie, lub chociaż przypomnieć, że śmierć może zakończyć nasze życie doczesne w najbardziej niespodziewanym momencie. Pokazuje ona też, że ciało zmarłej bliskiej osoby jest otaczane swego rodzaju czcią i że nieraz ciężko jest doprowadzić je do normalnego stanu w taki sposób, aby rodzina myślała, że to tylko sen. Oprócz tego, jest to pozycja po prostu ciekawa i w pewnym sensie wciągająca, stanowiąca dobre zajęcie na jakiś czas.

★★★★★★★★✰✰

|| Bez strachu. Jak umiera człowiek || Adam Ragiel, Magdalena Rigamonti ||
|| liczba stron: 175 || Dom Wydawniczy PWN || literatura polska ||
|| literatura faktu || reportaż ||

Przepraszam za tak chaotyczną opinię. To pierwszy raz jak piszę o tego typu książce.

18 stycznia 2017

"Porwana pieśniarka" D.L.Jensen


Przepiękna okładka i kilka pozytywnych opinii, których się naczytałam w blogosferze, skłoniły mnie do poproszenia pod choinkę właśnie o tę książkę. Byłam niezwykle ciekawa świata przedstawionego "Porwanej pieśniarki". Chciałam się przekonać, czy Trollus to faktycznie tak magiczne i niezwykłe miejsce, czy Tristan naprawdę jest postacią interesującą i czy przedstawione wydarzenia naprawdę pozwolą zapomnieć mi o szarej rzeczywistości. Oczekiwania miałam dosyć spore, choć gdzieś z tyłu głowy już świtała myśl: "To przecież tylko młodzieżówka!". No cóż, ostatecznie na debiucie pani Jensen się zawiodłam i po raz kolejny przekonałam się, że miałam zbyt wielkie nadzieje wobec jakiejś książki. Czy uważam, że powieść ta jest zła? Nie, w żadnym wypadku. Określam ją raczej jako przeciętne fantastyczne young adult, o czym jednak więcej w rozwinięciu.

Pierwsze skojarzenie ze słowem "troll"? W mojej wyobraźni pojawia się wizja odrażających istot wyciągniętych prosto z tolkienowskich opowieści. Danielle L Jensen zaprezentowała jednak ich zupełnie inny obraz, bardziej ludzki niż potworny. Kanadyjka ukazała całe miasto tych istot, Trollus, uwięzione pod górą za sprawą klątwy rzuconej przez czarownicę pięć stuleci wcześniej. Po wielu latach oczekiwania pod głazami pojawia się jednak szansa wydostania się na światło słoneczne, a w tym wszystkim ma pomóc rudowłosa Cécile de Troyes. Dziewczyna zostaje porwana do trollowego miasta, gdzie wbrew własnej woli zostaje złączona z dziedzicem tronu, Tristanem, a cały ten zabieg ma pomóc w zdjęciu zaklęcia. Czy trollom uda się wreszcie opuścić miasto pod górą czy może pozostaną tam przez dłuższy czas? I co do tego wszystkiego ma główna bohaterka? Aby się o tym przekonać, sami musicie przeczytać książkę.
"Nie umiem nawet opisać, jak to jest spędzić całe życie w uwięzieniu. Być najpotężniejszą istotą na tym świecie, ograniczoną jednak do władania ciemną, wilgotną jaskinią. Być zmuszonym wykorzystywać chciwość pomniejszych istot, by zapewnić sobie pożywienie. Życie. (...) To pogwałcenie porządku wszechświata."
Sama fabuła do najoryginalniejszych nie należy, nietrudno jest odnaleźć w niej wiele znanych i często powielanych schematów (jak chociażby jedna dziewczyna mogąca uratować jakąś społeczność czy polityka dyskryminująca jakąś grupę społeczną, która wkrótce wszczyna bunt). Nie skreśla to jednak książki od razu na starcie, no bo kto powiedział, że na znanych motywach nie da się stworzyć dobrej opowieści? Ku temu trzeba mieć jednak naprawdę duże umiejętności w jej kreowaniu, a pani Jensen najwyraźniej ich zabrakło. "Porwana pieśniarka" wciąga, to fakt, jednak jest też do bólu przewidywalna (a opis z tyłu okładki, będący jednocześnie dosyć sporym spoilerem, jeszcze bardziej ten efekt potęguje) i nie trzeba być jasnowidzem, aby domyślić się, co się stanie za chwilę. Dla osób, które mają już za sobą kilka młodzieżówek, rozwój akcji nie będzie żadnym zaskoczeniem.

No dobrze, fabuła jest jaka jest, to może bohaterowie ratują sytuację? No niestety, nie w tym przypadku. Cécile to "silna i niezależna" nastolatka, jakich wiele w młodzieżówkach, charakter Tristana spodobałby mi się, gdybym nie znała już takiego bohatera (nie ukrywam, dosyć mocno przypomina Jace'a z Darów Anioła), król Thibault jest taki, jakich wielu. No to może chociaż Marc, Victoria i Vincent, Anaïs, Luc, Christophe? Mają oni jakieś nakreślone cechy, ale pełną ich charakterystykę naprawdę ciężko byłoby podać. Żaden z nich nie wzbudził mojej sympatii, żadnego również nie znienawidziłam.
"Kwiaty - szepnęłam. - Pola dzikich kwiatów, we wszystkich kolorach tęczy. Sierść zwierząt jest błyszcząca, a na polach pszenica wyrasta wysoko i zaczyna się złocić. Upał odpędza wspomnienia zimy, a powietrze jest tak upajające i wilgotne, że każdy oddech jest jak łyk wody. (...) Słońce wschodzi każdego ranka jak płonący bóg, nadając różowy odcień skórze, dając życie wszystkiemu, aż wieczorem znika za horyzontem."
 Coś, co chyba najbardziej spodobało mi się w całej tej lekturze, jest wykreowany świat. A właściwie samo Trollus, bo o pozostałych obszarach, takich jak Jastrzębia Kotlina czy miasto Trianon, wiemy niewiele. Nietrudno było mi sobie wyobrazić wspaniałą cywilizację powstałą we wnętrzu góry, podczas czytania książki cały czas słyszałam też szum wodospadu. Nie pogardziłabym jednak jeszcze bardziej rozbudowanymi opisami, aby dopełnić obraz, który zarysował się w głowie. Szczególnie że w żaden sposób nie zaszkodziłoby to akcji, która i tak dosyć szybko gna do przodu.

Jeżeli macie ochotę na kolejną młodzieżówkę, pełną schematów, lecz dziejącą się w interesujących lokacjach - sięgnijcie po "Porwaną pieśniarkę". W innym wypadku nie ma sensu. Książka ta niewiele wnosi do literatury, wkrótce zapewne zostanie zapomniana, ale przynajmniej ładnie prezentuje się na półce. Chyba nigdy nie przestanę się zachwycać przepiękną okładką tonącą w zieleni. Ba, być może kiedyś postawię sobie nawet obok niej kolejne dwie części trylogii.

★★★★★★✰✰✰✰

|| Porwana pieśniarka || Danielle L Jensen ||
|| liczba stron: 432 || Galeria Książki || przekład: Anna Studniarek ||
|| fantastyka || fantasy || young adult ||

Książka bierze udział w wyzwaniach: Olimpiada czytelnicza 2017 oraz ABC czytania 2017.

14 stycznia 2017

"Łowczyni" V.Boecker

Zapewne pojawiły się w Waszym życiu książki, które z początku wywołują ogromny entuzjazm, wręcz nie możecie się doczekać, aby po nie sięgnąć. Jednam w pewnym momencie zaczynacie odczuwać narastające poczucie rozczarowania. Wcześniejsze pozytywne uczucia znikają jak za dotknięciem magicznej różdżki. Powieść, która zapowiadała się na przynajmniej bardzo dobrą, która uzyskała mnóstwo pozytywnych recenzji, okazała się kompletną klapą, którą pozostaje jedynie wyrzucić przez okno. Ewentualnie oddać do biblioteki i zapomnieć. Tak właśnie było w przypadku debiutanckiej powieści Virginii Boecker pod tytułem "The witch hunter. Łowczyni".

Nie zrozumcie mnie źle, pomysł na całą historię nie był wcale taki nieudany. Opowieść o nastoletniej łowczyni czarownic, która wkrótce sama zostaje oskarżona o uprawianie magii, mogłaby być naprawdę ciekawa. Mogłaby, gdyby nie liczne wady, które ta książka posiada. Przeżyłabym nawet fakt, że Elizabeth, bo takie imię nosi protagonistka, zostaje uwolniona z więzienia przez najbardziej poszukiwaną osobę alternatywnej szesnastowiecznej Anglii - Nicholasa Perevila i wciągnięta w misję, mającą na celu uratowanie życia czarownika. Dziewczyna będzie musiała wybierać - albo wspomoże Nicholasa i uratuje jego żywot, albo pozostanie wierna władzom kraju. Będziemy też obserwować liczne rozterki Elizabeth na temat miłości i nienawiści, przyjaźni, wierności, dobra i zła.
"Przeszłości nie da się zmienić. Wiesz o tym równie dobrze jak ja. Z drugiej strony, nie da się również przewidzieć przyszłości. To, co zrobisz, kim chcesz zostać, zależy wyłącznie od ciebie. I jak zawsze powtarzam, nic nie jest zmienne."
W tej książce wkurzało mnie prawie wszystko. Rozpocznę od nudy, która towarzyszyła mi przez znaczną część powieści. W "Łowczyni" nie zdarzyło się właściwie nic, co wywarłoby na mnie jakiekolwiek wrażenie. Wiele "nagłych zwrotów akcji" zwyczajnie udało mi się przewidzieć lub były one na tyle nieciekawe, że nawet ich nie zauważyłam. Główna bohaterka nierzadko zbyt łatwo, bez większego trudu wychodziła z tarapatów. Ja wiem, wyszkolona łowczyni czarownic, która niejednego czarnoksiężnika doprowadziła na stos, ale to wciąż jednak nastolatka! Chociaż pod względem logicznym jedna rzecz już kompletnie zwaliła mnie z nóg. W końcu jak to możliwe, że najbardziej poszukiwania osoba w całej Anglii jest w stanie podróżować właściwie bez problemu? Nie wiem i chyba nigdy nie będzie mi dane się tego dowiedzieć...

Elizabeth, Elizabeth... Chyba nigdy nie spotkałam bardziej irytującej, egoistycznej, zadufanej w sobie bohaterki. Prawdziwa Zosia Samosia, która nie potrzebuje absolutnie nikogo do absolutnie niczego, chociaż nieraz udowadnia czytelnikom, że sama się myli. W pewnym sensie przypomina trochę Nihal z trylogii Lici Troisi, aczkolwiek ta druga dziewczyna jest zwyczajnie sympatyczna, da się ją lubić, no i nie zajmuje jej aż tyle czasu zrozumienie swojego błędu. No ale już zostawmy protagonistkę. Jak miewa się sprawa z resztą bohaterów, jak choćby Calebem, Nicholasem, Johnem, Fifer, Georgem, Schuylerem, Humbertem? No cóż, mówiąc szczerze - nijak. Postaci te wydają się całkowicie bezbarwne, bezosobowe. Żadnej szczególnie nie polubiłam i jestem pewna, że żadnej na dłużej nie zapamiętam. A przyznam szczerze, że niektórzy bohaterowie mieli potencjał... Niestety, autorka postanowiła go nie wykorzystać i pozostawiła nam szarą masę, wyróżniającą się imionami, ewentualnie delikatnie zarysowanymi pojedynczymi cechami.
"Gdybym umiała, mogłabym być odważna wbrew lękowi, nie z jego powodu. A gdybym była dzielna, zamiast się bać, wszystko potoczyłoby się innym torem."
Książka, która mogła być świetną młodzieżówką, ale coś się nie udało - to zdanie idealnie opisuje debiut Virginii Boecker. Kto wie, może drugi tom powieści wypada znacznie lepiej? Raczej się o tym nie przekonam, gdyż część pierwsza kompletnie nie zachęciła mnie do sięgnięcia po kontynuację. Jak się pewnie domyślacie, "Łowczyni" nie polecam. No, chyba że macie ochotę na nieco nudy i konfrontację z niezwykle irytującą główną bohaterką. Generalnie - trzymajcie się z daleka.

★★★✰✰✰✰✰✰✰

|| Łowczyni || Virginia Boecker ||
|| liczba stron: 396 || Jaguar || przekład: Grzegorz Komerski ||
|| fantastyka || fantasy || young adult ||

11 stycznia 2017

"Po zmierzchu" H.Murakami


Haruki Murakami jest jednym z popularniejszych japońskich pisarzy. Wiele osób zastanawia się, dlaczego ten człowiek nie otrzymał jeszcze literackiej Nagrody Nobla. I wcale się im nie dziwię. Miałam okazję przeczytać dwie książki tego autora, ale już one pozwoliły mi zobaczyć to "coś", tę swego rodzaju magię, której nie uświadczyłam jeszcze w żadnej innej powieści. Nie potrafię jednoznacznie powiedzieć, na czym opiera się ten fenomen. Sądzę, że to trzeba poczuć na własnej skórze. Każdy sam musi się przekonać, czy proza Murakamiego wywrze na nim jakieś wrażenie.

Zastanawialiście się kiedykolwiek jak wygląda nocne życie japońskiej wielomilionowej stolicy - Tokio? Jeśli wciąż Was to pytanie dręczy, sięgnijcie po "Po zmierzchu", albo chociaż dojdźcie do końca mojej recenzji. Opowiem Wam o książce dosyć spokojnej, kojarzącej się raczej z muzyką jazzową i rozmyślaniami bohaterów na temat ludzkiej egzystencji, a nie ulicznym szumem metropolii. Jest to historia dwutorowa, skupiona wokół dwóch dosyć odległych od siebie sióstr: starszej Eri i młodszej Mari Asai. Przez prawie dwieście stron mamy okazję obserwować ich życie w ciągu jednej nocy, wyrwanej z kontekstu, z większej całości. Poznamy historię byłej zapaśniczki, prowadzącej love hotel, dowiemy się czegoś o chińskiej prostytutce i pewnym gangsterze, ale też o studencie grającym na puzonie czy dosyć tajemniczym informatyku pracującym po nocach.

"Pamięć to coś naprawdę dziwnego. Szufladki ma wypchane kompletnie nieprzydatnymi, bezsensownymi rzeczami. A człowiek zapomina jedną po drugiej te ważne, naprawdę potrzebne."
 Pomysł na poprowadzenie fabuły w taki, a nie inny sposób naprawdę przypadł mi do gustu. Choć przyznam szczerze, że momentami nie wiedziałam, o co w tej książce tak naprawdę chodzi (głównie podczas czytania opisów dziwnego snu jednej z sióstr). Podobne pytania zadawałam sobie już po przewróceniu ostatniej strony. Co działo się dalej? Jak bohaterowie zachowają się wobec pewnych wydarzeń czy prawd wyznanych w ciągu jednej tylko nocy? Odpowiedzi na te pytania nigdy nie poznam. No, chyba że jakimś cudem uda mi się wedrzeć do umysłu Harukiego Murakamiego i odnajdę interesujące mnie informacje. Generalnie jednak, muszę przyznać, że książka mnie wciągnęła, w pewnym momencie na tyle mocno, że nie byłam w stanie odłożyć jej na dłuższy czas. Porwał mnie styl japońskiego pisarza: niby nic nadzwyczajnego, a jednak mający to "coś", o którym wspominałam już we wstępie. Przez dwieście stron przebrnęłam w naprawdę krótkim czasie.

Przedstawieni bohaterowie wzbudzili moją sympatię. Niektórym nawet udało mi się współczuć tego, przez co przeszli (wszak wiele postaci tej nocy opowiedziało co nieco o swoim życiu). Szkoda tylko, że nie dane mi było lepiej ich poznać. Chciałabym się dowiedzieć czegoś więcej o młodym puzoniście Takahashim, informatyku-pracoholiku czy samej Mari Asai. Chciałabym wiedzieć, co nimi kierowało, jakie mieli zamiary. Ale znów - nigdy nie uda mi się rozwiać tych wątpliwości i chyba na zawsze pozostanie ze mną swego rodzaju niedosyt.
"może ludzie używają wspomnień jako paliwa do życia. To, czy dane wspomnienie jest ważne czy nie, nie ma znaczenia dla utrzymania się przy życiu. To tylko paliwo. (...) I gdybym ja nie miała przy sobie takiego paliwa, gdybym nie miała takiej szufladki wspomnień, już dawno pękłabym na dwoje. Zwinęłabym się w kłębek i umarła. To dlatego, że mogę czasami po trochu wyciągać te różne wspomnienia, ważne i do niczego nie potrzebne, jakoś udaje mi się dalej żyć, choć to życie przypomina zły sen."
Niezwykle spodobał mi się sposób opisywania zarówno miejsc, jak i bohaterów czy wydarzeń. Spotkamy się tutaj z dosyć szczegółowymi opisami, z drugiej jednak strony mamy wrażenie, że obserwujemy to wszystko z pewnego dystansu, jakby zza wystawowej szyby. Przypadło mi do gustu również wplecenie w wątki muzyki jazzowej, nie tylko w formie tytułów danych utworów, ale też dzięki stworzeniu dosyć specyficznego klimatu. Naprawdę nie zdziwiłabym się, gdyby do książki dołączona została płyta z właśnie tego typu dźwiękami, do puszczania w tle, podczas czytania. Dodam też, że nie jest to pierwsza książka tego autora, z której wręcz słychać muzykę. W podobnej sytuacji byłam podczas zagłębiania się w "Na południe od granicy, na zachód od słońca".

"Po zmierzchu" to historia dosyć specyficzna, nie zawierająca jednak jakiejś głębszej myśli. Ot, mamy okazję obserwować bohaterów w ledwie fragmencie ich życia, zaledwie podczas kilku godzin jednej nocy. Fakt, możemy z nimi snuć refleksje na pewne tematy, ale nie zmusza to do dalszego rozmyślania już po odłożeniu egzemplarza z powrotem na półkę. Powiedziałabym raczej, że to przyjemna opowieść obyczajowa, stosunkowo spokojna, może dobra na wyciszenie się? Wiem, że nie każdemu przypadnie do gustu, a z pewnością osobom, które lubią wartką akcję. Nie żałuję czasu poświęconego na tę lekturę, aczkolwiek raczej już do niej nie powrócę.
"I choć każde z nas ma swoją własną wolę, jesteśmy wszyscy razem z tą samą prędkością unoszeni w dół strumienia czasu."
★★★★★★✰✰✰✰

|| Po zmierzchu || Haruki Murakami ||
|| liczba stron: 199 || MUZA || przekład: Anna Zielińska-Elliott ||
|| literatura współczesna ||

07 stycznia 2017

Stosik styczniowy (1/2017)


Ostatnio było sporo okazji do zdobycia nowych książek. Moje imieniny, przedświąteczne wyprzedaże w sklepach, Boże Narodzenie, a na kilka dni przed Sylwestrem wybrałam się do biblioteki. Udało mi się zdobyć trochę interesujących książek, które będę czytać w najbliższym czasie. Kojarzycie któreś tytuły? Czytaliście? Jakie macie na temat nich opinie?


  • "Porwana pieśniarka" Danielle L Jensen - Prezent na tegoroczne Boże Narodzenie. Książkę już ukończyłam (recenzja napisana, czeka na opublikowanie). Pierwsze wrażenie było naprawdę pozytywne, później entuzjazm nieco opadł, ale nie było źle.
  • "World war Z" Max Brooks - Apokalipsa zombie oczami jej uczestników. Książka, która zebrała całkiem sporo pozytywnych opinii na wielu blogach. Egzemplarz kupiłam na wyprzedaży w jednym z większych supermarketów.
  • "Strażniczka miecza" Grev Scott - Kolejna marketowa zdobycz, tym razem zdecydowałam się na nią ze względu na niską cenę i dosyć ciekawy opis. Nie spodziewam się o tej opowieści dużo, aczkolwiek jestem jej całkiem ciekawa.
  • "Ukryta wyrocznia" Rick Riordan - Pierwszy tom serii "Apollo i boskie próby". Styl Ricka Riordana znam przede wszystkim z serii o Percym Jacksonie, która niezwykle mi się podobała. Mam nadzieję, że i opowieść o Apollinie przypadnie mi do gustu. Książkę odnalazłam pod choinką w dopiero co minionym roku.
  • "Malfetto Mroczne piętno" Marie Lu - O książkach tej pisarki słyszałam naprawdę sporo dobrego (chociaż też napotykałam się na negatywne opinie). "Mroczne piętno" kusiło mnie już od czasu przeczytania pierwszej recenzji, aż wreszcie udało mi się je odnaleźć na jednej z licznych bibliotecznych półek.
  • "Światła września" Carlos Ruiz Zafón - Ostatnia część Trylogii Mgły, za którą długo nie mogłam się zabrać. Dwie poprzednie opowieści naprawdę mnie urzekły, mam nadzieję, że ta zrobi to samo. Co jak co, ale Zafón potrafi wręcz czarować słowem. Książka z biblioteki.
  • "Bez strachu. Jak umiera człowiek" Adam Ragiel, Magdalena Rigamonti - Książka to właściwie wywiad-rzeka z jedynym polskim balsamistą, przed którym ludzkie ciało nie posiada żadnych tajemnic. Po pozycję tę chciałam sięgnąć od momentu przeczytania fragmentu rozmowy z panem Ragielem w internecie. Kolejny nabytek biblioteczny.
  • "Harry Potter i Przeklęte dziecko" J.K.Rowling, John Tiffany, Jack Throne - Scenariusz ósmej części opowieści o Chłopcu, który przeżył otrzymałam w ramach imienin. Całość pochłonęłam w naprawdę niedługim czasie i jestem zadowolona z lektury, choć nie jest ona pozbawiona wad. Recenzja już wkrótce.

04 stycznia 2017

"Czerwona królowa" V.Aveyard


"Czerwona królowa" - kto o niej nie słyszał? Swego czasu był to hit literatury dla młodzieży, szczególnie popularny wśród nastoletnich dziewcząt. Teraz ta sława i rozgłos jakoś upadły. Na rynek weszły kompletnie nowe pozycje, które przyćmiły dawny blask powieści Victorii Aveyard. Czy ta sława była zasłużona, a może to tylko kolejna powieść, która wydawała się być zupełnie nowatorska, a okazało się, że była jedną z wielu? No cóż, aby się o tym przekonać, zapraszam do mojej recenzji. Postaram się rozwiać wszelkie wątpliwości na temat tej książki.

Mare Molly Barrow, nastolatka żyjąca w okrutnym świecie podzielonym na dwie główne grupy społeczne: Czerwonych oraz Srebrnych. Przynależność do danej gromady zależy od koloru krwi, która krąży w żyłach ludzi i związanego z tym posiadania specjalnej umiejętności lub nie. Główna bohaterka należy do tej gorszej części społeczeństwa, Czerwonych, jednak w wyniku pewnych zdarzeń trafia w otoczenie Srebrnych. A tam dzieją się niespotykane rzeczy, o których sama nigdy nie śniła. Przez to wszystko zostaje wplątana w królewską intrygę, z której niełatwo będzie się jej wyplątać. Jak sobie poradzi Mare i czy uda jej się uratować tych, na których życiu jej tak bardzo zależy? Czy podejmie właściwe decyzje, a może popełni niewybaczalne błędy? No cóż, o tym już musicie przekonać się sami.
"Stwarzanie nadziei, gdy w rzeczywistości jej nie ma, to okrucieństwo. Fałszywa wiara wywołuje rozczarowanie, ból i wściekłość, przez co niełatwe sprawy stają się jeszcze trudniejsze."
Motyw podzielenia społeczeństwa ze względu na kolor krwi i związane z nim umiejętności naprawdę przypadł mi do gustu. Z drugiej strony, wykonanie wypadło gorzej, dosyć sztampowo. Nie zrozumcie mnie źle - książka naprawdę potrafi porwać, zaczytywałam się tak mocno, że nie byłam w stanie na długo oderwać się od niej. Mimo wszystko, osoba, która przeczytała już kilka książek o podobnej tematyce, nie będzie miała problemów z odgadnięciem kolejnych wydarzeń, intryg, przyszłości bohaterów. Czasami nawet dla mnie to, co się działo, nie było wielkim zaskoczeniem, jakim chyba miało być w zamyśle autorki. Styl pani Aveyard jest dosyć lekki, raczej typowy dla młodzieżówek i sądzę, że on również przyczynił się do tego, że książka wciąga i bardzo szybko się ją czyta. Z pewnością ogromny wpływ ma na to również tempo akcji - niekiedy tak szybkie, że idzie się wręcz pogubić w przedstawianych wydarzeniach.

Na prawie pięciuset stronach otrzymujemy dosyć obszerny wachlarz bohaterów. Wśród nich są oczywiście Mare Barrow, ale też jej przyjaciel z dzieciństwa Kilorn, członkowie rodziny monarchów: król Tyberiasz, królowa, rodzeństwo Cal i Maven, oprócz tego wielu Srebrnych czy też brat protagonistki - Shade. Do części z nich zapałałam szczerą sympatią, inni wydawali się dosyć nijacy, jakby przekalkowani z innych powieści, kilku bohaterów zwyczajnie nie lubię. Na moją szczególną sympatię zasłużył właśnie Maven. Postać dosyć schematyczna, w pewnym sensie niejednoznaczna, przez wielu z pewnością znienawidzona. Ja lubię takich bohaterów, wydają mi się oni dosyć interesujący. Natomiast zabrakło mi rozwinięcia niektórych charakterów, takich jak Kilorn czy królowa. Sądzę, że gdyby czytelnikowi było dane ich nieco lepiej poznać, książka znacznie zyskałaby na jakości.
"Nie mogę się nadziwić, z jaką łatwością przychodzą mi kłamstwa. Pewnego dnia może nawet uda mi się okłamać samą siebie, że jestem szczęśliwa."
 Kolejnym elementem, który autorka mogłaby nieco lepiej rozwinąć, jest świat, w którym rozgrywają się wszystkie wydarzenia. Państwo Norta ma jakąś geografię, jest w jakiejś sytuacji politycznej, no ale właśnie... W jakiejś. Momentami trudno mi było sobie wyobrazić tę krainę jako część większej całości, a nie wyizolowany świat, w którym wszystko działo się jakby pod kloszem. Sądzę też, że Victoria Aveyard mogłaby rozszerzyć opisy miejsc, które chociażby mijała Mare podczas swojej podróży. Nieco więcej szczegółów, a świat stałby się jakby bardziej kolorowy.

"Czerwona królowa" naprawdę mi się spodobała. Czytałam tę książkę z zapartym tchem, jednak wydaje mi się, że była to opowieść na jeden raz. Nie sądzę, abym kiedykolwiek do niej powróciła, a bynajmniej nie w całości. Opowieść Victorii Aveyard zapewnia naprawdę dobrą rozrywkę na kilka godzin, może kilka dni, jednak wielkich rzeczy bym się po niej nie spodziewała. Być może fani gatunku podejdą do tej książki nieco inaczej niż ja, bardziej entuzjastycznie. Ostatecznie jednak książkę polecam i jeśli tylko nawinie mi się pod dłonie druga część - "Szklany miecz", z chęcią ją przeczytam. Ot, chociażby z ciekawości o dalsze losy bohaterów.

★★★★★★★✰✰✰

|| Czerwona królowa || Victoria Aveyard ||
|| liczba stron: 483 || Moon Drive || przekład: Adriana Sokołowska-Ostapko ||
|| fantastyka || dystopia || young adult ||
layout by oreuis