28 lutego 2017

Podsumowanie miesiąca: luty

Najkrótszy miesiąc tego roku już praktycznie za nami. Jutro rozpocznie się już marzec, a wraz z nim - Wielki Post. To oznacza, że Wielkanoc, ale i wiosna już naprawdę niedługo! Chociaż teoretycznie już teraz można poczuć tę porę roku: choćby wczoraj termometry wskazywały u mnie 12 stopni i świeciło słonce, którego tak brakowało przez zimowe dni. Piszę dziś jednak nie dlatego, żeby pozachwycać się panującą aurą, ale aby podsumować marzec pod względem blogowo-czytelniczym. Jaki był to miesiąc? Nawet udany, choć zawsze mogłoby być jeszcze lepiej.

"Margo" Tarryn Fisher
Książka zakupiona jeszcze w styczniu, nie ukrywam - ze względu na intrygujące okładkę i opis. Było to moje pierwsze spotkanie z Tarryn Fisher i, jak na razie, ostatnie. Nie, nie dlatego, że książka mi się nie podobała, bo było wręcz odwrotnie! To raczej kwestia tego, że autorka znana jest z romansów spod szyldu young adult, a to po prostu nie moje klimaty. Jeśli jeszcze kiedyś napisze thriller (lub coś w rodzaju thrillera), chętnie to przeczytam. Wracając jednak do samej powieści... Uważam, że to naprawdę dobra pozycja, z którą warto się zapoznać. Może i miała trochę wad, szczególnie jestem zła za takie, a nie inne doprowadzenie historii do końca, ale to i tak nie wpłynęło znacząco na mój ogólny odbiór. "Margo" polecam. Recenzja tej książki pojawiła się na blogu już jakiś czas temu. Kto nie widział, zachęcam do kliknięcia w ten link.

Oko za oko. Krzywda za krzywdę. Ból za ból.


"Światła września" Carlos Ruiz Zafón
Hiszpański pisarz kupił mnie swoją twórczością jeszcze w 2015 roku. W minionym miesiącu przyszło mi przeczytać "Światła września", książkę będącą zwieńczeniem Trylogii Mgły. Ponownie zawitałam w magicznym świecie stworzonym przez hiszpańskiego pisarza, znowu zagłębiłam się po uszy w tajemniczym, mrocznym, niesamowitym klimacie. Co prawda nie była to najlepsza część cyklu, ale i tak bardzo mi się spodobała, o czym mogliście przeczytać w tej recenzji. Już wkrótce zapoznam się z kolejną książką autora, chyba jeszcze głośniejszą niż cała Trylogia Mgły. W stosiku na swoją kolej oczekuje "Cień wiatru" i już nie mogę się doczekać lektury. Mam nadzieję, że się nie zawiodę, a jeszcze bardziej pokocham pióro Zafóna. 

"Na szczęście nauczyłem się czytać. Ta umiejętność była dla mnie prawdziwym wybawieniem, od tej pory moimi przyjaciółmi stały się książki."
"Mechaniczny anioł" Cassandra Clare
Twórczość tej autorki znam już doskonale z całego cyklu Darów Anioła (no dobra, prawie całego - do przeczytania pozostała mi ostatnia część). Po Trylogię Diabelskich Maszyn chciałam sięgnąć już od dawna. Ta książka czekała u mnie na półce pół roku, aż wreszcie ją zaczęłam czytać i... dałam się porwać. Może i "Mechaniczny anioł" nie wywarł na mnie ogromnego wrażenia, ale zapewnił dobrą rozrywkę na kilka godzin. Z przyjemnością śledziłam losy bohaterów (szkoda tylko, że same charaktery aż za bardzo przypominały te z Darów), bardzo spodobał mi się również motyw pewnych maszyn, z którymi musieli się mierzyć. W książce zabrakło mi jednak charakterystycznego klimatu Londynu z drugiej połowy dziewiętnastego wieku (epoka wiktoriańska). No cóż, mam nadzieję, że kolejne części Diabelskich Maszyn przypadną mi do gustu jeszcze bardziej i nie mogę się doczekać, aż rozpocznę ich czytanie. Tymczasem zapraszam do pełnej recenzji "Mechanicznego anioła", którą odnajdziecie pod tym linkiem

W lutym zaczęłam czytać też "Kuzynki" Pilipiuka, ale że ich nie ukończyłam, nie piszę o nich w podsumowaniu. Wychodzi więc na to, że i w tym miesiącu, podobnie jak w styczniu, przeczytałam trzy książki. To niezły wynik, zważając na to, że matura już niedługo, a czasu wolnego mam naprawdę niewiele. W lutym udało mi się też wygrać dwa konkursy: rozdanie u Oli ("Pax" jest nadal w drodze) oraz Konkurs dla blogerów na fanpage Wydawnictwa Jaguar, gdzie zdobyłam "Sigrid"Johanne Hildebrandt. To właśnie te powieści będę czytać w najbliższym czasie. W moich planach uwzględniłam też inne lektury, o których informowałam w Stosiku.

Na blogu w minionym miesiącu nie wiało pustkami. Ukazało się sześć recenzji i jeden post ze stosikiem. Łącznie z podsumowaniem daje to osiem notek, czyli tyle, ile planowałam! Od początku tego roku mam ustalony plan po dwa posty tygodniowo (środa i sobota) oraz podsumowanie w ostatnim dniu miesiąca. Jeśli interesują Was statystyki, podzielę się nimi. W lutym przybyło mi aż siedemnastu obserwatorów (!), co daje ich łączną liczbę 88. To niesamowite, że tyle z Was jest tutaj ze mną. :) Dziękuję! W lutym odwiedziliście mnie 1395 razy, a łączna liczba wyświetleń bloga jest równa 8353. Na koniec pewne blogowe plany na marzec. Planuję wystartować z nowym, dyskusyjnym cyklem - jesteście zainteresowani? Chciałabym też utrzymać regularność postów, co może być trudne w związku z nieubłaganie zbliżającym się egzaminem dojrzałości.

A Wam, ile książek udało przeczytać się w lutym? Jakie macie plany na marzec?
Ktoś jeszcze będzie się zmagał w tym roku z maturą? :p

25 lutego 2017

(26) Nehilim kontra maszyny, czyli "Mechaniczny anioł"


[zdjęcie wkrótce]

    Każdy, kto choć trochę interesuje się fantastyką młodzieżową, musi kojarzyć nazwisko Cassandry Clare. Kilka lat temu, wraz z premierą filmu, był ogromny boom na serię "Dary Anioła" - opowieść o pewnej rudowłosej dziewczynie i Nocnych Łowcach. Wielu też pewnie kojarzy inną serię autorki, poprzedzającą wydarzenia z Nowego Jorku - "Diabelskie Maszyny". Dziś chcę napisać parę słów o pierwszym tomie tej właśnie trylogii, której początek wypada, według mnie, znacznie lepiej niż "Miasto Kości". Nie jest to jednak książka pozbawiona wad, o czym przeczytacie dalej.

    "Mechaniczny Anioł" opowiada o nastoletniej Tessie Gray, która wyrusza w podróż z Nowego Jorku do Londynu w poszukiwaniu swojego starszego brata Nathaniela. Już na samym początku, po przybyciu do stolicy dziewiętnastowiecznej Wielkiej Brytanii, zostaje przywitana przez Mroczne Siostry, a wkrótce zabrana do ich domu, gdzie dowiaduje się pewnych rzeczy o sobie samej. Przez różne wydarzenia na jej drodze stają Nefilim, Nocni Łowcy, którzy pomogą jej wejść do świata, którego nie znała, a także zaakceptować to, kim jest naprawdę. Tessa zostanie postawiona przed dylematem dotyczącym wyboru między bratem a nowymi przyjaciółmi, a także uświadomi sobie, że miłość może być najniebezpieczniejszą magią.

    Dałam się wciągnąć, zdecydowanie. Z początku akcja nie była szczególnie szybka, a w głowie pojawiło się wiele pytań bez odpowiedzi, z czasem jednak zaczęła pędzić i utrzymywała to tempo aż do końca. Nie martwcie się jednak, o zadyszkę ciężko, bo pojawiały się też chwile na odpoczynek - krótkie przerywniki, podczas których historia zwalniała i skupiała się na opisach miejsc, bohaterów, emocji. Fabuła, podobnie jak we wspomnianych już "Darach Anioła", niezwykle przypadła mi do gustu. Z wypiekami na twarzy śledziłam kolejne wydarzenia z życia Tessy i Nocnych Łowców. I to nic, że momentami książka była przewidywalna - to nie zmąciło mojej radości z czytania.

    Mimo, że powieść naprawdę mi się spodobała, mam w stosunku do niej dwa zarzuty. Pierwszym z nich jest osadzenie akcji w wiktoriańskiej Wielkiej Brytanii i brak wykreowania klimatu tamtych czasów (druga połowa XIX wieku). To prawda, pojawiały się stroje z epoki, zaakcentowany został niższy status społeczny kobiet w stosunku do mężczyzn. Mimo wszystko, akcja równie dobrze mogłaby się rozgrywać współcześnie. Naprawdę nie zdziwiłoby mnie, gdyby w pewnym momencie któryś z bohaterów wyciągnął laptopa czy telefon komórkowy. Drugim elementem, który negatywnie wpłynął na ostateczną ocenę książki, jest wątek miłosny. Mam wrażenie, że wszystko potoczyło się za szybko i nienaturalnie. Pominę już fakt, że była to chyba jedna z najbardziej przewidywalnych części książki. Już od początku można było się domyślić kto w kim się zakocha i jak potoczą się losy ich związku.

    Bohaterowie są dobrze wykreowani. Mają swoje charakterki, chociaż... aż za bardzo przypominają postacie z "Darów Anioła" (czy tylko ja odniosłam takie wrażenie)? Sarkastyczny, tajemniczy i niesympatyczny William Herondale przypominał mi Jace, a stojący w cieniu przyjaciela James - Aleca. Główna bohaterka, Tessa, momentami bywała dosyć irytująca, ale ostatecznie i tak ją polubiłam. Za to mojego uznania zdecydowanie nie skradł braciszek protagonistki, Nathaniel. W pewnym momencie miałam ogromną ochotę, aby tego chłopaka udusić - serio! Za to na twarzy pojawił się uśmiech, kiedy czytałam o znanych mi już bohaterach: czarowniku Magnusie Bane czy przepięknej wampirzycy Camille Belcourt.

    Nie jest to książka, która skradła moje serce. Z pewnością nie wpiszę jej na listę moich ulubionych lektur. Mimo wszystko, "Mechanicznego anioła" będę wspominać naprawdę dobrze, a po kolejne części naprawdę chętnie sięgnę. Mam cichą nadzieję, że w następnych tomach Cassandra Clare lepiej zadbała o charakterystyczny wiktoriański klimat. Jeżeli szukacie powieści, która zapewni Wam rozrywkę, śmiało możecie sięgnąć po twórczość tej autorki.

★★★★★★★✰✰✰

liczba stron: 472, wydawnictwo MAG, przekład: Anna Reszka 
fantastyka, urban fantasy, steampunk

Książka bierze udział w wyzwaniach: Olimpiada czytelnicza 2017 oraz ABC czytania 2017.

22 lutego 2017

(25) Opowiadania Canavan, czyli "Szepty dzieci mgły"


    Po zbiory opowiadań sięgam od święta. Wynika to z faktu, iż wolę długie, rozbudowane, wielowątkowe powieści zamiast krótkich historyjek, które kończą się zanim zdążę się wciągnąć. Po antologię autorstwa popularnej pisarki fantasy, Trudi Canavan, sięgnęłam przez przypadek - książkę wypatrzyłam za grosze na promocji w jednym z dyskontów i postanowiłam zakupić. Tomik leżał jakiś czas na półce, aż wreszcie postanowiłam dać mu szansę. Przyznaję szczerze, że całkiem miło się zaskoczyłam. Na zaledwie dwustu stronach otrzymujemy pięć krótkich historii, opatrzonych komentarzem autorki. Opowiadania dosyć się od siebie różnią, ale łączy je pewien szczegół - elementy fantastyczne. W końcu pani Canavan jest znana ze swoich powieści o magach (Trylogia Czarnego Maga, Trylogia Zdrajcy, Era Pięciorga). 

    Rozpocznę od pierwszej historii, tytułowej i, według mnie, najgorszej z całego tomiku. Być może moja opinia o "Szeptach dzieci mgły" wynika z tego, że nie spełniło ono moich oczekiwań, które postawiłam już w czasie lektury. Otrzymujemy niedługą opowieść o pewnej sorze, o której właściwie za dużo nie wiemy. Obserwujemy niewielki wycinek z jej życia i możemy odnieść wrażenie, że to tylko część większej całości. Gdyby do tego opowiadania i stworzonego w nim świata przedstawionego dodać kolejne (i poprzednie) wydarzenia, mogłaby powstać naprawdę świetna powieść. Nie mniej jednak, otrzymujemy tylko opowiadanie, które nic nie wnosi. Co ciekawe, autorka w swoim komentarzu mówi o tym, że całość była skracana, bo w pierwotnej formie nie została przyjęta przez wydawcę. Kto wie, może w pierwotnej wersji wypadłoby lepiej?

    Dla kontrastu, kolejną historię z tego zbioru - "Szalony uczeń" - uważam za najlepsze. Jest to opowieść z uniwersum wspomnianej już wcześniej Trylogii Czarnego Maga. Poznajemy przede wszystkim Tagina, ucznia Gildii Magów, a także jego siostrę Indrię. Oś fabularna opiera się na pewnym czynie młodzieńca, ale również na relacji rodzeństwa. Ta druga szczególnie przypadła mi do gustu. Historia ta pokazuje, że więzy krwi i miłość braterska potrafi być silniejsza niż wszystko inne. To też doskonały przykład na to, że nierzadko serce góruje nad umysłem i zdrowym rozsądkiem. Bohaterowie zostali dobrze skonstruowani i, po raz kolejny to napiszę, przeczytałabym o nich w formie powieści. Chciałabym, aby autorka kiedykolwiek rozwinęła niektóre wątki.

    W pamięci zachowała mi się również "Markietanka". Opowieść była intrygująca od samego początku aż do końca, nawet po poznaniu pewnej tajemnicy skrywanej przez główną bohaterkę. Tę historię czytało mi się zdecydowanie najszybciej, za wszelką cenę chciałam poznać, co skrywa tytułowa markietanka. To kolejne z opowiadań, które może przypominać uniwersum Czarnego Maga, stworzone przez autorkę. Natomiast kompletnie inny klimat, ale również magiczny, mają dwie ostatnie historie z tomiku: "Przestrzeń dla siebie" oraz "Biuro Rzeczy Znalezionych". Są to bardziej współczesne historie, które mogłyby się zdarzyć, gdyby tylko magia istniała (a może istnieje, ale jest to ściśle skrywana tajemnica?). Pomysły, którymi Canavan podzieliła się z czytelnikami w tych opowiadaniach, naprawdę przypadły mi do gustu.

    Na koniec kilka słów o wydaniu tomiku. Galeria Książki postarała się o twardą oprawę, a na okładce została umieszczona czarodziejka w długim płaszczu - dosyć charakterystyczny znak dla twórczości autorki. Również czcionka, którą zapisano nazwisko Canavan, powtarza się na innych jej książkach. Przejdźmy jednak do wnętrza, gdzie spotkamy się ze sztywnymi i zaskakująco grubymi stronami. Momentami może to nieco utrudniać wertowanie książki. W środku spotykamy się również z dosyć dużą czcionką. Te dwa aspekty nieco sztucznie dodają objętości całości.

    Podsumowując, zbiór opowiadań jest miłym czytadłem na jeden czy dwa wolne wieczory. Są tutaj ciekawsze i mniej interesujące opowieści. Sądzę, że całość przypadnie do gustu raczej fanom twórczości autorki, a niekoniecznie osobom, które jej nie znają. Raczej nie polecam rozpoczynać swojej przygody z Canavan od właśnie tej pozycji. Dobrze jest zacząć od jej chyba najgłośniejszej Trylogii Czarnego Maga. Wielu miłośnikom fantastyki powinna ona przypaść do gustu.

★★★★★★✰✰✰✰

liczba stron: 202, wydawnictwo Galeria Książki, przekład: Agnieszka Fulińska
fantastyka, high fantasy, low fantasy, zbiór opowiadań

18 lutego 2017

Stosik lutowy (2/2017)


    W ostatnim czasie przybyło do mnie trochę książek. Niektórych może to zaskoczyć, ale dopiero teraz zdecydowałam się na kupno nowych lektur przez Internet - nie spodziewałam się, że można przez to aż tak mocno oszczędzić! Przykład? Proszę bardzo: za książkę o cenie okładkowej 45 zł zapłaciłam... niecałe 14 zł. :D Gdzie takie okazje - o tym napiszę dalej. Oprócz zakupów, kilka książek udało mi się wygrać w ostatnim czasie w konkursach, a pozostałe oczywiście z biblioteki.  
  • "Kuzynki" Andrzej Pilipiuk - Miłośnikom polskiej fantastyki nazwisko autora z pewnością jest znane. To będzie moje pierwsze spotkanie z twórczością pana Pilipiuka i, mam nadzieję, że niezwykle udane. O "Kuzynkach" czytałam całkiem dobre opinie. Książkę przytargałam z raju książkoholików - biblioteki.
  • "Szklany tron" Sarah J Maas - Książka, o której jakiś czas temu było niezwykle głośno. Twórczość autorki zbiera zaskakująco dobre opinie na blogach, a więc sama postanowiłam się przekonać, czy wywrze na mnie takie wrażenie. Egzemplarz pożyczony od koleżanki.
  • "Tytany" Victoria Scott - Tę panią zapewne kojarzycie z (ponoć) świetnej serii "Ogień i woda". Ja postanowiłam zacząć przygodę z autorką od jej innej powieści, opowiadającej o wyścigu na mechanicznych koniach. Książkę wzięłam tylko dlatego, że akurat była dostępna na bibliotecznych półkach. 
  • "Prawdodziejka" Susan Dennard - To kolejny i już ostatni egzemplarz przyniesiony z wypożyczalni. Powieść naprawdę mnie intrygowała już od momentu przeczytania recenzji przedpremierowych i cieszę się, że nareszcie wpadła w moje ręce.
  • "Cień wiatru" Carlos Ruiz Zafón - Hiszpańskiego autora znam już z jego powieści dla młodzieży - Trylogii Mgły. Jego chyba najsłynniejszą książkę, "Cień wiatru", udało mi się wygrać w konkursie u Turkusowej Sowy. Już nie mogę się doczekać lektury!
  • "Endgame. Wezwanie" James Frey, Nils Johnson Shelton - Jedna z dwóch pozycji, które wypatrzyłam za grosze w zakładce "tania książka" na czytam.pl. Intryguje mnie ta powieść i wiele zagadek, które kryje.
  • "Królowie Dary" Ken Liu - To właśnie o tej książce wspomniałam we wstępie do posta. Egzemplarz również wynalazłam na czytam.pl i jestem niezwykle zadowolona z tego zakupu. Przez wielu jest to powieść wychwalana, zbiera bardzo dobre opinie, ciekawi mnie więc, czy mi również przypadnie do gustu.
Na zdjęciu powinny znaleźć się również "Sigrid" Johanne Hildebrandt - moja wygrana w facebookowym konkursie dla blogerów zorganizowanym przez wydawnictwo Jaguar, ale... książka jeszcze do mnie nie dotarła, a także "Margo" Tarryn Fisher, która akurat znajduje się w rękach mojej koleżanki - tej samej, która pożyczyła mi "Szklany tron". :D

Które z książek z mojego stosiku znacie, które czytaliście, które polecacie? 
Co Wy macie w swoich aktualnych stosikach? Pochwalcie się!

15 lutego 2017

(24) Tajemnica zabawkarza w "Światłach września"


[zdjęcie do recenzji]

   To dopiero moje trzecie spotkanie z twórczością barcelońskiego pisarza. "Światła września" zwieńczają trylogię złożoną z niezależnych opowieści. O "Księciu Mgły" mogliście już poczytać na moim blogu, recenzję "Pałacu Północy" dopiero mam w planach. Dziś jednak co nieco o historii rodziny Sauvelle i tajemniczego twórcy zabawek, mieszkającego w mrocznym Cravenmoore. To kolejna niezwykle klimatyczna opowieść, w której nie sposób się nie zauroczyć. Carlos Ruiz Zafón zdecydowanie ma talent, który pozwala mu tworzyć magiczne książki, bo magii z pewnością "Światłom września" nie można odmówić.

   To nie jest książka, w której znajdziecie dużo akcji. Wszystko rozkręca się bardzo powoli, a szybszych momentów jest naprawdę niewiele. Przez to, niestety, powieść może momentami nieco nudzić. Co ciekawe, podobnego wrażenia nie odniosłam podczas czytania dwóch poprzednich części trylogii. Porządnie wciągnęłam się dopiero około 110-120. strony, co jest jednak dosyć późno. Sama fabuła jest naprawdę interesująca, a motyw zabawek zdecydowanie skradł moje serce. Jak zawsze u Zafóna, pojawiły się niesamowite opisy, budujące wyjątkowy klimat. Na wszystkich kartach powieści, już nawet na samym początku, mocno odczuwamy nastrój mroku, grozy i tajemnicy.

   Bohaterowie są przesympatyczni, naprawdę. Są to ludzie z krwi i kości, a nie wyidealizowane marionetki w rękach pisarza. Ismaela polubiłam właściwie od pierwszego momentu, w którym się pojawił. Do Iréne natomiast musiałam w pewien sposób "dojrzeć", ale to nie zajęło dużo czasu. Zdecydowanie oczarował mnie Lazarus, postać enigmatyczna, może też nieco niepokojąca. W książce spotkamy się również z innymi postaciami, jak Dorian, Simone, Hannah. Każda odgrywa jakąś istotną rolę w całej opowieści, pozwala nam przybliżyć się do rozwiązana pewnej tajemnicy. Coś, co przypadło mi do gustu, to relacje międzyludzkie przedstawione w książce. Najbardziej zarysowane zostały nieco odrealnione zakochanie nastolatków, głęboka przyjaźń dorosłych oraz uczucie w pewnym sensie zagubione, które trwa wbrew przeciwnością.

   Lubię takie opowieści. Może nie wypadają spektakularnie przy historiach z niezwykle rozbudowanym światem przedstawionym, ale jednak mają tę swego rodzaju magię, która nie pozwala o nich zapomnieć. Zafón przedstawił mroczne dzieje prowincjonalnej miejscowości na skraju lądu gdzieś w Normandii. Doskonale opisał te przepiękne, choć i przerażające miejsca, a w to wszystko wplótł wątek fantastyczny. Ważną rolę odgrywa też tu pewna legenda stworzona na potrzeby książki, której treść poznajemy dopiero pod koniec, w momencie kulminacyjnym.

   Miłośnikom hiszpańskiego pisarza książki nie trzeba polecać. Pozostałych gorąco zachęcam do sięgnięcia po "Światła września", ale po i dwie pozostałe książki z Trylogii Mgły. To niezwykle klimatyczne opowieści, ciekawe, z interesującymi motywami. Jest trochę grozy, trochę fantastyki, dużo tajemnicy, a więc każdy z pewnością znajdzie coś dla siebie.

★★★★★★★✰✰✰

liczba stron: 255, wydawnictwo MUZA, przekład: Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodán Casas
fantastyka, dark fantasy, low fantasy

Książka bierze udział w wyzwaniach: Olimpiada czytelnicza 2017 oraz ABC czytania 2017.

11 lutego 2017

(23) Zbrodnia w słusznej sprawie? "Margo"


   Ta książka podbiła już wiele serc, mimo że na polskim rynku jest dopiero od miesiąca (11.01.2017). Mroczny młodzieżowy thriller napisany przez autorkę znaną z uroczych historyjek w stylu Colleen Hoover. Z założenia to nie mogło być nic dobrego, no bo przecież jak kobieta zajmująca się raczej romansami mogłaby stworzyć tak brutalną opowieść? A jednak. Poznajcie Margo, nastolatkę z niewielkiego amerykańskiego miasteczka, siedliska patologii, Bone. Dziewczyna od początku już nie miała łatwo. Jej cierpiąca na depresję matka od wielu lat się prostytuuje, a córkę traktuje jak służącą. Wszystko z pozoru się zmienia, kiedy Margo poznaje Judaha, niepełnosprawnego chłopaka z sąsiedztwa. To z nim wkrótce rozpoczyna śledztwo w sprawie zamordowanej siedmioletniej dziewczynki. Nikt się jednak nie spodziewa, że ta śmierć pozostawi na protagonistce takie piętno.

   Oś fabularną książki stanowi postać samej Margo i wszystkie wydarzenia, które się wokół niej dzieją. Możemy obserwować jej znaczącą przemianę, która rozpoczyna się właściwe od poznania chłopaka na wózku i śmierci siedmiolatki. Dzięki zastosowaniu narracji pierwszoosobowej widzimy ewolucję protagonistki nie tylko po jej czynach, ale również w jej głowie. Oprócz relacjonowania historii, zagłębiamy się również w myśli dziewczyny, które niekiedy bywają dosyć chaotyczne. To jednak ani trochę nie przeszkadza w czytaniu czy wciągnięciu się w lekturę. Książka stanowi doskonały przykład na to, że środowisko jest w stanie wpłynąć na rozwój charakteru.

   Sylwetka Margo jest naprawdę intrygująca. Ciężko do tej dziewczyny zapałać sympatią, ostatecznie też nie wiadomo, czy powinno się ją potępiać, czy może jej współczuć. Z jednej strony na to, jaka się stała, wpłynęło wiele czynników niezależnych od niej. Z drugiej zaś - każdy ma swój rozum i jeśli się bardzo chce, pracą nad sobą można zdziałać naprawdę wiele i w pewien sposób uniezależnić się od przeszłości. Trzeba mieć jednak odpowiednio dużo siły, aby tego dokonać. Nieco inne odczucia mam w stosunku do chłopaka z sąsiedztwa, Judaha. Jest to inteligentny młody mężczyzna, posiadający poczucie humoru, ale i nie pozbawiony wad. Naprawdę go polubiłam.

   Powieść naprawdę przypadła mi do gustu. Nie jest jednak pozbawiona wad, no ale cóż - ciężko znaleźć dzieło idealne, które zasłuży na dziesięć gwiazdek. Coś, co mnie uderzyło dosyć mocno, jest kompletna nieskuteczność policji. Ja rozumiem, są sprawy, które naprawdę ciężko rozwiązać, są zbrodnie wręcz idealne, ale... No błagam, bez przesady. Nie chcę zdradzać więcej w tym aspekcie, bo to byłby dosyć spory spoiler, ale kto czytał, ten pewnie domyśla się, o czym mówię. Innym aspektem, który mnie po prostu wkurzył, był pewien epizod z drugiej części książki, który wydał mi się kompletnie oderwany od rzeczywistości. No i to zakończenie, kompletnie rozczarowujące...

   Mimo tych wszystkich wad, "Margo" i tak wywarła na mnie spore wrażenie. To jedna z lepszych młodzieżówek, które miałam okazję czytać w ostatnim czasie. Naprawdę wciąga, czyta się ją błyskawicznie. Przytoczone przeze mnie mankamenty nie wpłynęły znacząco na odbiór całości, może pozostawiły jedynie pewien niedosyt - stąd ta wysoka ocena. Polecam wszystkim, którzy lubią tajemnicze historie. Nie warto jednak zapomnieć, że to jednak młodzieżówka, a więc wieloletni fani mocnych thrillerów dla dorosłych mogą się zawieść.

★★★★★★★★✰✰

liczba stron: 350, wydawnictwo SQN, przekład: Agnieszka Brodzik
thriller

Książka bierze udział w wyzwaniach: Olimpiada czytelnicza 2017 oraz ABC czytania 2017.

08 lutego 2017

(22) Dobry debiut: "Ember in the Ashes. Imperium Ognia"

[zdjęcie do recenzji]

   Książki młodzieżowe, w których na pierwszy plan wysuwa się bunt i władza z okrutnymi zasadami nadanymi przez obecne władze danej krainy, stały się ostatnio niezwykle popularne. Nietrudno jest się temu dziwić. Okres nastoletni charakteryzuje się właśnie sprzeciwem wobec świata, a dodanie do tego świata pełnego magii czy innych niesamowitych elementów oraz możliwość wpłynięcia na losy całego państwa sprawia, że takie powieści stają się niezwykle interesujące. Często dochodzi do tego pędząca akcja i mamy sukces murowany. No i w tym momencie można by przytoczyć naprawdę wiele tytułów ostatnich lat, a jedną z nich jest debiut pani Tahir. "Ember in the ashes. Imperium ognia" doskonale wpisuje się w ten schemat.

   Imperium jest bezwzględne. Wie o tym doskonale Laia, dziewczyna należąca do kasty raczej spychanej na margines społeczny. W ciągu jednego dnia jej życie zmienia się o 180 stopni: dziadkowie, z którymi do tej pory mieszkała, zostają zamordowani na jej oczach, a brat dziewczyny zostaje oskarżony o zdradę. Od tej pory celem Lai staje się przede wszystkim uchronienia jedynego członka swojej rodziny od poniesienia najwyższej kary za popełnione czyny. Aby to osiągnąć, zostaje niewolnicą Akademii, elitarnej szkoły tworzącej najokrutniejszych, najbardziej bezwzględnych żołnierzy Imperium. Wśród uczniów tejże placówki znajduje się Elias, który nie do końca jest przekonany, czy chce podążać drogą, którą obrał. Wkrótce dochodzi do spotkania dwójki młodych ludzi, które ostatecznie może doprowadzić zmiany losów nie tylko ich, ale i świata, który znają.

   Fabuła... Tak, przyznaję, przypadła mi do gustu. Nie jest to może szczyt oryginalności, ale kto by się tym przejmował, skoro książka i tak daje zajęcie na kilka godzin, a przy tym naprawdę sporo frajdy? Momentami naprawdę ciężko było mi się oderwać, miałam ochotę na nic innego jak tylko czytanie kolejnego rozdziału. I jeszcze jednego. I następnego. Kompletnie nie przeszkadzał mi fakt prowadzenia narracji pierwszoosobowej z dwóch różnych perspektyw, Lai i Eliasa, chociaż zdecydowanie nie lubię takiego sposobu opowiadania historii. Liczyło się dla mnie przede wszystkim to, jak potoczą się dalsze losy bohaterów. Co im się jeszcze przytrafi, z jakimi wyzwaniami jeszcze będą musieli się zmierzyć? Właśnie te pytanka kłębiły się w mojej głowie aż do ostatniej strony.

   Dwójka protagonistów to takie przeciętniaczki i nie będę się rozwodzić na ich temat. Do Eliasa faktycznie zapałałam jakąś tam sympatią, aczkolwiek nietrudno byłoby znaleźć podobnego bohatera. A Laia... Wyróżniała się ona tym, że nie była irytująca. Zazwyczaj. To już sukces. Na moją uwagę natomiast zasłużyli bardzo bliska przyjaciółka głównego bohatera, Helena Aquilla. Jest to młoda kobieta z charakterem, która jednak nie daje się odkryć czytelnikowi całkowicie. Za tę nutkę tajemnicy ją niezwykle polubiłam. Oprócz tego warto wspomnieć inną kobietę, bezwzględną, okrutną, zapewne jednak skrywającą jaśniejszą stronę swojej duszy - komendantkę Akademii. Reszta bohaterów nie wyróżniła się niczym szczególnym, natomiast relacje między nimi - no tak, to było coś ciekawego. Można powiedzieć, że spotkamy tutaj trójkąt miłosny, choć nie do końca typowy. Mamy też coś, co zwane jest friendzonem między postaciami, którym bardzo kibicowałam. Kto czytał, ten prawdopodobnie wie, kogo mam na myśli.

   "Imperium Ognia" jest jedną z lepszych młodzieżówek, które miałam okazję czytać ostatnimi czasy. Nie jest to książka idealna, posiada wady, są one jednak praktycznie niezauważalne, jeżeli nastawimy się na czystą rozrywkę w interesującym świecie. Momentami, niestety, zabrakło mi "tego czegoś", może nieco mrocznego klimatu, który by wpłynął na korzyść powieści. Mimo wszystko, polecam. Jeżeli szukacie niezbyt ciężkiej literatury, która może zapewnić Wam dobrą zabawę na jakiś czas, sięgnijcie po debiut Amerykanki.

★★★★★★★✰✰✰

liczba stron: 510, wydawnictwo Akurat, przekład: Marcin Wawrzyńczak, Jerzy Malinowski
fantastyka, high fantasy

04 lutego 2017

(21) Miłość na lodzie: "Mój Siergiej. Opowieść o miłości"

[zdjęcie do recenzji]

   Jekatierina Gordiejewa jest znaną rosyjską łyżwiarką figurową, startującą w kategorii par sportowych w latach 80. i 90. ubiegłego wieku. Dwukrotnie zdobyła mistrzostwo olimpijskie (Calgary 1988, Lillehammer 1994), czterokrotnie mistrzostwo świata oraz trzykrotnie mistrzostwo Europy. I to wszystko wraz ze swoim partnerem z lodowiska, a później również w życiu prywatnym - Siergiejem Grinkovem. Ich wspólna historia zakończyła się jednak niespodziewanie w listopadzie 1995 roku, kiedy to dwudziestoośmioletni Siergiej zmarł na bezbolesny zawał serca. Historię ich wspólnego życia Gordiejewa opisała w książce, którą chcę Wam dziś przedstawić. Jest to jej biografia, skupiająca się na życiu z młodym łyżwiarzem właściwie od wczesnego dzieciństwa, z początku jako współpracownicy z lodowiska, wkrótce - bliscy przyjaciele, na małżeństwie i szczęśliwych rodzicach małej Darii kończąc.

   Autorka dosyć dokładnie opisuje swoje życie, począwszy od wczesnego dzieciństwa i pierwszych kroków stawianych na lodzie, przez poznanie Siergieja i początki łyżwiarskiej pracy z nim, później rozwój kariery i zdobyte na wysokiej rangi mistrzostwach medale, aż po śmierć partnera i próbę pogodzenia się z jego odejściem. Na łamach książki nietrudno zauważyć nie tylko rozwój umiejętności łyżwiarskich Gordiejewy, ale również dojrzewanie jej miłości. Obserwujemy również fragmenty doczesnej wędrówki Grinkova, która, niestety, trwała zaledwie dwadzieścia osiem lat. Nietrudno dojść do wniosku, że był to naprawdę udany czas dla tej pary sportowej, pomimo wielu gorzkich chwil jak chociażby kontuzje czy rozczarowujące przegrane, których nie da się uniknąć uprawiając taką dyscyplinę, jaką jest łyżwiarstwo figurowe.

   "Mój Siergiej" to, jak wskazuje drugi człon tytułu, to doskonała opowieść o miłości. Śmiem twierdzić, że jest to jedna z ciekawszych historii romansu, jaką miałam okazję kiedykolwiek czytać. Niesamowita, bo prawdziwa, napisana przez życie.  Jekatierina Gordiejewa jedynie zapisuje to, co naprawdę miało miejsce. Opisuje uczucie, jakie w niej narastało w stosunku do Siergieja. Zauważała drobne gesty, które wobec niej wykonywał, coraz lepiej go poznawała. Naprawdę niesamowita historia i sądzę, że każdemu, kto lubi romanse, książka naprawdę przypadnie do gustu.

   Poczytamy tutaj jednak nie tylko o miłości w stosunku do drugiej osoby, ale też do dyscypliny sportu - łyżwiarstwa figurowego, które zdecydowanie dominuje w życiu Gordiejewej. Autorka nawet często to podkreśla, a w prologu pisze: "[Siergiej] Był przede wszystkim człowiekiem, a dopiero potem łyżwiarzem. Ja - przeciwnie, przede wszystkim byłam łyżwiarką, potem kobietą, a dopiero później matką.". Właśnie przez ten aspekt książkę powinny czytać osoby, które mają choć znikome pojęcie o tym sporcie. Na każdym kroku spotkamy się z dziwnie brzmiącymi słowami jak podwójne axle, toe loop, kiss and cry, spirale śmierci. Ale spokojnie, wystarczy zajrzeć na wikipedię (lub na dowolną inną stronę) i przeczytać odpowiednie definicje.

   Zawsze myślałam, że wszystkie biografie są nudne. Jestem zaskoczona jak bardzo się pomyliłam! Książka rosyjskiej łyżwiarki w pewien sposób mnie wciągnęła. Pozwoliła na poznanie naprawdę cudownej historii miłosnej, ale też pokazała, jak łyżwiarstwo wyczynowe wygląda od środka, a nawet pozwoliła dowiedzieć się o niektórych rosyjskich zwyczajach. Jednym z najciekawszych jest, według mnie, rozbijanie talerza w noc sylwestrową, o północy, a potem chowanie skorupek po całym mieszkaniu. Ma to przynosić szczęście. 

   Komu polecam przeczytanie tej historii? Zdecydowanie fanom łyżwiarstwa figurowego, ale też sympatykom historii miłosnych, czy osobom zainteresowanych sportem lub kulturą Rosji. Bo zdecydowanie czuć, że główni bohaterowie to Rosjanie. Nie da się ich pomylić z żadnym innym narodem. Ja przy lekturze naprawdę dobrze się bawiłam. Czasami na mojej twarzy pojawiał się uśmiech, a w pewnym momencie po moim policzku prawie spłynęły łzy. To niesamowita opowieść napisana przez życie. 
★★★★★★★★✰✰

liczba stron: 311, wydawnictwo Zysk i S-ka, przekład: Ewa i Dariusz Wojtczakowie
biografia/autobiografia, sport

Książka bierze udział w wyzwaniach: Olimpiada czytelnicza 2017 oraz ABC czytania 2017.
layout by oreuis