16 sierpnia 2017

The Emoji Book Tag

   Kolejny tag. Jak pewnie zauważyliście, ostatnimi czasy pojawia się ich u mnie dosyć dużo - jak na razie w trybie po dwa miesięcznie, ale zastanawiam się nad jednym tego typu postem w ciągu trzydziestu dni. Co o tym myślicie? Dziś zapraszam Was na Emoji Book Tag, do którego nominację otrzymałam od Magic Wizard - Zaczytanej w fantastyce. Serdecznie dziękuję!

UWAGA, SPOILERY!

1. Broken heart, czyli książka, która złamała mi serce.
(Ania z Zielonego Wzgórza) Słowu pisanemu ciężko zrobić na mnie tak ogromne wrażenie, żebym mogła stwierdzić na przykład, że złamała mi serce. Co najwyżej mogę mieć kaca książkowego... W każdym razie, smutno było mi podczas czytania o śmierci Mateusza Cuthberta w pierwszej części przygód Ani Shirley.

2. Loudly Crying Face, czyli książka, której zakończenie mnie wzruszyło.
(Mój Siergiej. Opowieść o miłości) Niezwykle wzruszyła i wręcz zasmuciła śmierć Siergieja, tym bardziej, że to zdarzyło się naprawdę. Nadal nie mogę uwierzyć, że świat stracił tak wspaniałego (taki obraz wynika przynajmniej z opisu jego ukochanej, Jekatieriny) i utalentowanego młodego łyżwiarza. 

3. Face with Tears of Joy, czyli książka, przy której płakałam ze śmiechu.
(Widząca) Co prawda nadal czytam "Widzącą" Olgi Gromyko, ale to chyba jedyna powieść, którą pamiętam, przy której moje reakcje były (są) najbliższe śmiechowi. Chciałabym wstawić tutaj osławiony przez humor "Nomen omen" Marty Kisiel, no ale... Jej żarty chyba do mnie nie przemawiają.

4. Face Screaming in Fear, czyli książka, która mnie zszokowała.
(Bez strachu. Jak umiera człowiek) Książka, która jest reportażem i wywiadem rzeką idealnie nadaje się do tej kategorii. W skrócie, opowiada ona o tym, co dzieje się z naszym ciałem po śmierci - kto i jak się nim zajmuje i gdzie trafia na okres między utratą życia a pochowaniem w ziemi. Niesamowita pozycja.

5. Smiling Face with Horns, czyli mój ulubiony czarny charakter.
(Królowie Dary) Co prawda, w książce Kena Liu nie jest zupełnie jasno powiedziane, kto jest po dobrej stronie mocy, a kto po złej, ale to jednak cesarz Mapidére może kojarzyć się negatywnie. Osobistości tej samej w sobie nie lubię, ale przynajmniej nie jest czarno-biały, jak większość "czarnych" charakterów, którzy kojarzą mi się ze złowrogą miną, mroczną powiewającą peleryną i chęcią zawładnięcia całym światem. :D 

6. Recreational Vehicle, czyli książka, w której bohaterowie dużo podróżowali.
(Prawdodziejka) Stwierdziłam, że postawienie w tej kategorii na powieści Tolkiena to zbyt oczywisty wybór, dlatego zdecydowałam się na "Prawdodziejkę". Bohaterowie tego młodzieżowego fantasy wciąż przemieszczają się z miejsca na miejsce i, co ciekawe,  nie tylko lądem, ale również przez morze.

7. Full Moon Symbol, czyli książka, w której występują wilkołaki.
(Złodziej dusz) Ha, widzicie, nawet dla Stefana, kierowcy Dory Wilk i Mirona, znalazła się kategoria!

8. Open Book, czyli książka, której nie możesz doczytać.
(Wojny żywiołów. Przebudzenie ziemi: Udręczeni) Piszę to z ogromnym bólem serca, ale naprawdę mam kłopot z dokończeniem książki pana Michała Podbielskiego. Mam nadzieję wkrótce jednak zebrać się w sobie i ją dokończyć, bo fabularnie nie wydaje się zła, serio!

9. Christmas Tree, czyli książka idealna na Boże Narodzenie.
(Sabriel) Ja sama czytałam pierwszy tom o Starym Królestwie w okolicach zimowych świąt i to była naprawdę dobra lektura na ten czas. Przyjemna, wciągająca, jednocześnie nieszczególnie ciężka, ale nie naiwna - czego chcieć więcej na około świąteczny i noworoczny wypoczynek?

10. Wedding, czyli książka z pięknym ślubem.
(Wymarzony dom Ani) Znowu stawiam na powieść Lucy Maud Montgomery, no ale zwyczajnie nie mogę podać w tej kategorii czegoś innego niż pięknego ślubu Gilberta i Ani! Lubię go zarówno w wersji papierowej, jak i na ekranie, w serialu, w którym główną rolę odegrała Megan Follows.

Do zabawy zapraszam: 

12 sierpnia 2017

Miały być salwy śmiechu, a nie było: "Nomen omen"


   Książki Marty Kisiel chodziły za mną od dawna. Dzięki wielu pozytywnym opiniom, na które trafiałam, wyrobiłam sobie o nich zdanie prześmiesznych i pełnych absurdu. I może faktycznie jest tak w przypadku "Dożywocia", które już z samego opisu jest dosyć... no, nietypowe, tak niestety nie znalazłam tego w "Nomen omen". Fakt, zdarzały się momenty, w których kącik ust mi zadrgał w delikatnym uśmiechu, jednak zdecydowanie nie jest to, czego się spodziewałam. Nie zrozumcie mnie źle, historia rudowłosej Salomei Przygody nie jest zła, nie oczekujcie po niej jednak pretekstu do wybuchów śmiechem. 

   Zacznijmy od początku: o czym jest ten cały "Nomen omen"? O wspomnianej już Salce Przygodzie, młodej kobiecie, która pragnie uwolnić się od swojej dosyć nietypowej rodziny. Nie jestem pewna, czy to słowo jest odpowiednie, aby określić matkę, która z ogromną zawziętością pragnie wyzwolić "rozbuchany erotyzm" córki, ojca, który mentalnie żyje w XIX wieku i brata, Niedasia, który jest zwyczajnie nie do zniesienia. Bohaterka trafia do Wrocławia, a tam jest dane jej zamieszkać w starej willi przy Lipowej pięć. Na stancji panuje żelazna dyscyplina, współlokatorem Salomei staje się papuga żywiąca się wafelkami, a na dodatek jej ukochany brat próbuje utopić ją w Odrze... A to dopiero początek przygód, które czekają na pannę Przygodę w stolicy Dolnego Śląska.

   "Nomen omen" z pewnością czyta się dosyć szybko, lektura potrafi wciągnąć. Nie udało jej się jednak wywołać u mnie emocji, nie parskałam przy niej śmiechem i bez problemu mogłam ją czytać w komunikacji miejskiej, bez obawy o to, że współpasażerowie będą na mnie spoglądać spode łba. Mniej więcej w połowie książki odczuwałam zmęczenie i zastanawiałam się, kiedy nadejdzie koniec. Na szczęście, to dosyć szybko minęło. Spodobało mi się dodanie wątku związanego z wojennym Breslau. Niestety, samo zakończenie powieści zaczęło powiewać czymś przereklamowanym i nie do końca przypadło mi do gustu.

   Salomea Klementyna Przygoda to... miła dziewczyna, a właściwie młoda kobieta. Sympatyczna, inteligentna. Osóbka, którą zwyczajnie da się polubić. Nie wyróżnia się jednak niczym z tłumu, przynajmniej jeżeli weźmiemy pod uwagę jej charakter. W końcu "rozbuchany erotyzm", który jest cechą wyglądu bohaterki, zapewne przywołuje wzrok zwyczajnych przechodniów. No dobrze, Salka nie jest jednak jedyną postacią. Warto wspomnieć także o Niedasiu, właściwie Adamie Joachimie Przygodzie, studencie wrocławskiej politechniki. No cóż, mam mieszane uczucia co do tego człowieka. Momentami bywał bardzo irytujący (odczuwałam to nie tylko ja, czytelniczka, ale niewątpliwie też jego starsza siostra), ale ostatecznie, z jakiegoś powodu, go polubiłam. Moją sympatię zyskała też Basia, która przez niski wzrost i złociste długie włosy przypominała mi nieco... mnie samą. Ciekawym elementem "Nomen omen" stała się również Matylda wraz... z innymi bohaterkami wokół niej. No i oczywiście Roy Keane (nie, nie ten piłkarz tylko wafelkożerna papuga), który faktycznie wprowadzał trochę humoru!

   Historię czytało się przyjemnie i dosyć szybko, szczególnie podczas wielogodzinnej podróży samochodem. Nie zachwyciła mnie, nie wywoływała salw śmiechu, ale ostatecznie jednak się spodobała. Nie żałuję czasu spędzonego z tą lekturą. Komu polecam? Osobom szukającej dość lekkiej, ciekawej fantastyki. Może Wy odnajdziecie powody do gromkiego śmiechu w "Nomen omen"?

★★★★★★★✰✰✰

liczba stron: 331, wydawnictwo Uroboros
fantastyka, low fantasy, urban fantasy

Książka bierze udział w wyzwaniach: Olimpiada czytelnicza, ABC czytania.

09 sierpnia 2017

My, Słowianie XXI wieku: "Szeptucha"


   Niedawno skończyłam czytać "Szeptuchę". Książka ta oczarowała mnie na swój sposób,  z drugiej strony, mam do niej dosyć mieszane uczucia. Podobała mi się i to nie pozostawia wątpliwości, natomiast nie nazwałabym jej genialną, a z takim określeniem się już niejednokrotnie spotkałam. Z pewnością jest to historia godna uwagi, szczególnie dla osób, które interesują się kulturą i religią pradawnych Słowian i są ciekawi, jak by to wyglądało w dwudziestym pierwszym wieku. No właśnie - co by się stało, jeżeli Mieszko I nie przyjąłby chrztu? Zapewne nadal wyznawalibyśmy Świętowita, Swarożyca czy Welesa...

   Gosia, a właściwie Gosława, właśnie ukończyła studia lekarskie. Zamiast pracy w szpitalu, czekają ją jednak obowiązkowe roczne praktyki u szeptuchy, wiejskiej znachorki, będącej podstawowym ogniwem polskiej służby zdrowia. Młoda kobieta bardzo niechętnie udaje się do małej miejscowości pośród Gór Świętokrzyskich, gdzie będzie narażona na ugryzienia kleszczy (a co za tym idzie - na boreliozę) i inne leśne paskudztwa. Nie spodziewa się jednak, że może tam spotkać miłość swojego życia. Nie wie też, że spotkanie najprzystojniejszego mężczyzny nie będzie jedyną niespodzianką, jaką zgotował jej los.

   Słowiańska Polska dwudziestego pierwszego wieku całkowicie mnie kupiła. Spodziewałam się tego - w końcu głównie ze względu na ów motyw zdecydowałam się sięgnąć po "Szeptuchę". Jeśli mnie znacie, pewnie wiecie, że romans mnie niezbyt interesuje, a jest on zapowiedziany już na okładce. I przyznaję, poza pewnymi momentami (tj. myślami Gosławy na temat mężczyzny jej życia), wątek miłosny mi nie przeszkadzał. Wręcz przeciwnie, ujął mnie na swój sposób. "Szeptucha" stała się też pretekstem do rozważań, czy gdyby Polska nie przyjęła chrztu, faktycznie wyglądałaby tak jak dziś, tylko że wierzylibyśmy w innych bogów? Czy wszystkie rozwiązania techniczne zostałyby przez nas przyswojone z zachodu, czy może całkowicie odcięlibyśmy się od chrześcijańskiej Europy? A może inne kraje także zostałyby przy swoich religiach, a wiara w Chrystusa wcale nie byłaby dominująca na świecie?

   Gosia... Bogowie, jak ta kobieta mnie irytowała. O ile byłam w stanie znieść jej hipochondrię, o tyle rozważania na temat Mieszka, szczególnie już po pierwszym spotkaniu, były zwyczajnie wkurzające. Czasami miałam wrażenie, jakby instynkt brał nad nią górę, jakby zatraciła swój rozum, który jednak musiała posiadać, skoro udało jej się ukończyć medycynę. Mieszko natomiast... No cóż, w pewien sposób mnie ujął, z drugiej strony wiem, że jest on dosyć wyidealizowany. Nie jestem pewna, czy sama chciałabym mieć z takim mężczyzną do czynienia. Sprawiał wrażenie, jakby nie miał wad. Natomiast ogromną sympatią zapałałam do tytułowej bohaterki - Baby Jagi! Ta kobieta stała się nie tylko przyczyną humorystycznych momentów, ale również niezwykle ciepłą osobą, będącą z Gosławą na dobre i na złe. 

   Język Katarzyny Bereniki Miszczuk jest prosty i z pewnością trafi do wielu. Książkę czyta się bardzo szybko, na swój sposób też wciąga (pomimo irytującej protagonistki). Po prostu chce się dowiedzieć, co następnie się wydarzy - szczególnie w drugiej połowie połowie powieści, kiedy akcja rozkręca się na dobre. Niezwykle przypadło mi do gustu również wydanie "Szeptuchy" - okładka przyciąga wzrok, a czerwony grzbiet zwyczajnie ładnie prezentuje się na półce (szczególnie w towarzystwie kolejnych tomów cyklu - pomimo różnych kolorów, stanowią jedną całość). 

   Historię Gosławy Brzózki polecam. Komu? Przede wszystkim osobom, które, tak jak ja, są skuszone wizją dzisiejszego świata połączonego z wierzeniami słowiańskimi. Również fani romansu okraszonego nutką fantastyki nie powinni być zawiedzeni. Ja "Szeptuchę" będę bardzo miło wspominać i chętnie zabiorę się za kolejne części serii "Kwiat paproci"!

★★★★★★★✰✰✰

liczba stron: 415, wydawnictwo W.A.B.
fantastyka, historia alternatywna, urban (rural) fantasy, mitologia słowiańska

Książka bierze udział w wyzwaniu: Olimpiada Czytelnicza.

05 sierpnia 2017

Przeciętność we wspaniałym świecie: "Cień i kość"


   Leigh Bardugo znana jest z głośnej ostatnio powieści o szóstce wyrzutków, którzy postanawiają udać się na samobójczą misję. Przyznaję, przygodę z twórczością autorki chciałam rozpocząć właśnie od tej historii, los jednak sprawił mi psikusa i podsunął mi "Cień i kość". Wstęp do Trylogii Grisza to jednocześnie debiut amerykańskiej pisarki. Czy udany? Ciężko mi jednoznacznie na to odpowiedzieć. Opowieść o Alinie Starkov ma jednocześnie sporo zalet i podobną ilość wad. Już teraz jednak mogę napisać, że kontynuację mam w planach, a to jest chyba dobry znak, czyż nie?

   Ravka, fantastyczne państwo inspirowane Imperialną Rosją, to państwo szargane wojnami, a na dodatek rozdzielone tajemniczą i przerażającą Fałdą Cienia. W nieprzeniknionej ciemności czają się potwory godne najgorszych koszmarów. Kiedy wydaje się, że twór ten na zawsze będzie zmorą mieszkańców Ravki, pojawia się młodziutka dziewczyna, a wraz z nią rozkwita nadzieja. To właśnie Alina Starkov, niczym nie wyróżniająca się osobowość, okazuje się być kimś więcej niż wszyscy wokół myśleli. Jej tajemnicza moc ujawnia się w momencie zagrożenia życia jej przyjaciela z dzieciństwa, Mala. Wydarzenie to jest niewinnym początkiem czegoś, co może odmienić losy świata. Po takim obrocie spraw, Alina zostaje siłą zaciągnięta na dwór królewski, gdzie nie tylko będzie się uczyć na Griszę, ale też zmierzy się z sekretami nie tylko magicznej elity, ale także... własnego serca.

   Niezwykle spodobał mi się świat wykreowany przez Bardugo. Wyraźnie dało się odczuć inspirację Rosją za sprawą nie jedynie imion i nazwisk, ale też nazw miast, języka, którym posługiwali się sami bohaterowie czy nawet faktu, że pojawiły się cerkwie. Ravka jawiła mi się jako kraina niezwykle intrygująca, miejsce, które chciałabym odwiedzić. Również Griszowie, elita, wydała mi się ciekawym pomysłem, choć nie do końca oryginalnym. W końcu podobne stowarzyszenia istot nadnaturalnych (na przykład posługujących się magią) nie są pomysłem nowym, wręcz dosyć popularnym w literaturze fantasy. Nie mniej jednak, umieszczenie ich akurat w Ravce i stworzenie otoczki wokół nich było strzałem w dziesiątkę.

    Fabuła to, niestety, chyba najgorzej wypadający aspekt tej powieści. Nie zrozumcie mnie źle: nie było ani nudno, ani nielogicznie, całość wręcz czytało się niezwykle szybko (chociaż to raczej zasługa lekkiego stylu). Sęk w tym, że podobny ciąg wydarzeń można znaleźć w wielu innych książkach z gatunku fantasy młodzieżowego. To sprawia, że "Cień i kość" jest po prostu do bólu przewidywalna i na tym polu raczej nie zaskoczy kogoś, kto czyta nie od dziś. Szkoda, bo ciekawy świat Ravki i Griszów w niej żyjących stwarza dosyć spore pole do popisu. Jestem zdania, że można było stworzyć coś niesztampowego, ciekawego i porywającego. A wyszło, w najlepszym przypadku, dosyć przeciętnie.

   Alina Starkov, na swoje szczęście, okazała się nie być zanadto irytująca. Wręcz przeciwnie - nie wywołała u mnie właściwie żadnych emocji: ani jej nie kibicowałam, ani nie cieszyłam się z jej każdego upadku. Nie uważam, żeby była to postać dobrze wykreowana. Właściwie, ciężko mi jest tak nazwać jakąkolwiek osobę mającą swój udział w tej historii. Sympatią jednak zapałałam do tajemniczego Darklinga, ale podejrzewam, że to kwestia wyłącznie mojej słabości do tego typu bohaterów. W porządku również była Genia, rudowłosa Grisza, która stała się przynajmniej dobrą koleżanką Aliny. Warto też wspomnieć o Malu, towarzyszu protagonistki od najmłodszych lat. Mówiąc szczerze, on również stał mi się raczej obojętny, odebrałam go jednak troszeczkę cieplej niż pannę Starkov. Nie wyróżnia się on jednak pośród wielu tego typu bohaterów.

   Możecie pomyśleć, że ta książka mi się nie spodobała - w końcu narzekam na właściwie najważniejsze składowe, czyli fabułę i bohaterów. Mnie też to dziwi, ale "Cień i kość" jako całość odebrałam naprawdę dobrze! Chętnie sięgnę po kontynuację z nadzieją, że okaże się dużo lepsza. Szczerze mówiąc, jestem też zwyczajnie zaintrygowana rozwojem wydarzeń, chociaż mam już pewne domysły na temat tego, jak historia się potoczy. Debiut Bardugo z czystym sumieniem polecam osobom, które lubią niewymagającą fantastykę.

★★★★★★✰✰✰✰

liczba stron: 378, wydawnictwo Papierowy Księżyc, przekład: Anna Pochłódka-Wątorek
fantastyka, high fantasy

Książka bierze udział w wyzwaniach: ABC CzytaniaOlimpiada Czytelnicza.

02 sierpnia 2017

Sierpniowe zapowiedzi wydawnicze

W sierpniu znalazłam zaledwie trzy pozycje, które mnie zainteresowały. Przeglądając oferty wydawnictw zauważyłam jednak, że we wrześniu będzie ich sporo więcej. Taki miesiąc odpoczynku od nowości jest bardzo pożądany dla mojego portfela. :D Jedną z przedstawionych tutaj pozycji na 100% kupię, gdyż postanowiłam zebrać kolekcję książek Gaimana wydanych właśnie w tych okładkach.


Kiedy małemu dziecku udaje się uciec przed mordercą zamierzającym zabić całą rodzinę, kto mógłby przypuszczać, że schronienia udzieli mu miejscowy cmentarz? Wychowany przez zamieszkujące go duchy, zjawy i widma, Nik musi uczyć się życia od umarłych. Ale wciąż grozi mu niebezpieczeństwo, bo morderca nie ustaje w wysiłkach, żeby dokończyć swoje zadanie...

Koncept książki Neil Gaiman zapożyczył z Księgi dżungli. Tam niemowlę wychowywały zwierzęta, tutaj - duchy umarłych. 



Trwa wojna między królestwami Arden i Fellsmarch. Władca Ardenu Gerard nie cofnie się przed niczym, żeby zapanować nad całym kontynentem - nawet przed zniewoleniem czarodziejów. Na jego drodze staje jednak dwoje ludzi, których uczucia zranił za bardzo. Adrian, syn Wielkiego Maga i królowej Fellsmarchu, marzy o tym, by zostać magicznym uzdrowicielem. Gdy jego ojciec ginie w zasadzce wroga, poprzysięga zemstę i doskonali znajomość trucizn. Jenna ma na karku tajemnicze znamię, a jej serce bije w rytm płomieni. Przez lata zmuszana była do pracy w kopalniach miasta Delphi. Przyłącza się do walki, gdy żołnierze Ardenu zabijają jej przyjaciół. Wspólny cel splata losy Adriana i Jenny na ardeńskim dworze. Aby pokonać Gerarda, będą musieli odnaleźć się w świecie, gdzie nie ma prostego podziału na dobro i zło...



Eseje zawarte w tym tomie Haruki Murakami zaczął pisać mniej więcej sześć lat temu. Już znacznie wcześniej czuł potrzebę, by opowiedzieć czytelnikom o swojej twórczości i o tym, jak to jest być pisarzem. Teksty z tej książki mogą być potraktowane jak eseje autobiograficzne, ale Murakami pisząc je, nie miał takiej świadomości. Chciał tylko pokazać swoją pisarską drogę i podzielić się refleksjami na temat twórczości w ogóle. "Nie bardzo wiem na ile te w pewnym sensie egocentryczne, prywatne teksty - będące raczej zapisem prywatnych spekulacji na temat procesu pisania niż przesłaniami - przydadzą się czytelnikom. Bardzo bym się cieszył, gdyby naprawdę się komuś przydały."
layout by oreuis