31 sierpnia 2017

Podsumowanie miesiąca: sierpień

   Sierpień minął mi niezwykle szybko. Najpierw tygodniowy wyjazd w góry, później moje dziewiętnaste urodziny i błogi odpoczynek w domu. Staram się wyluzować przed okresem wytężonej pracy: studia już w październiku, a do tego dochodzi nauka dwóch przedmiotów do matury. No cóż, jakoś będę musiała sobie poradzić. A Wy, rozpoczynacie za kilka dni rok szkolny, czy może, tak jak ja, macie jeszcze wakacje? 

"Nomen Omen" - Marta Kisiel
Tę książkę ukończyłam jeszcze w lipcu, jednak nie ujęłam jej w poprzednim podsumowaniu ze względu na wspomniany już wakacyjny wyjazd. Co sądzę o mojej pierwszej przeczytanej powieści Marty Kisiel? Pełną recenzję mogliście przeczytać od dwunastego sierpnia. Aby do niej zajrzeć, kliknij tutaj. Co mogę, tak w skrócie, powiedzieć o historii Salomei Przygody? No cóż, rozczarowałam się. Powieść była okej, ale kompletnie nie kupuję humoru ałtorki. Miałam śmiać się do rozpuku, a tymczasem... No cóż, co najwyżej się uśmiechałam. Nie żałuję przeczytania tej książki - umiliła mi ona długą podróż samochodem, natomiast wiem, że nie będę do niej powracać. To jedna z tych powieści "na raz".
"Królowie Dary" - Ken Liu
Uwielbiam tę powieść Kena Liu. Zakochałam się w wykreowanym przez niego świecie, w cudownych bohaterach, w historii pełnej akcji. Podziwiam wielowątkowość tej powieści i jej swego rodzaju nieprzewidywalność. Bardzo serdecznie polecam wszystkim, którzy mają już dosyć młodzieżówek i tanich romansów, a także tym, który po prostu poszukują dobrego high fantasy. Nad "Królami Dary" zachwycałam się w recenzji z dnia dziewiętnastego sierpnia, którą możecie przeczytać tutaj: kliknij. Nie mogę się doczekać aż sięgnę po drugi tom!

Dla zemsty nawet królik może się nauczyć bycia wilkiem.
"Widząca" - Olga Gromyko
Książka ujęła mnie swoim humorem i mega sympatycznymi bohaterami. Akcja była dosyć spokojna, momentami wręcz nudnawa, a mimo to mogę powiedzieć, że "Widząca" podobała mi się. Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością Olgi Gromyko, natomiast, z pewnością, nie ostatnie. Zamierzam kontynuować trylogię Rok Szczura, chcę też sięgnąć po Kroniki Belorskie. Pełna recenzja "Widzącej" ukazała się na moim blogu dnia dwudziestego trzeciego sierpnia, a przeczytać możecie ją tutaj.

- Czy ty w ogóle znasz takie słowo jak "wykształcenie"?
- To kiedy krowie na pysku pojawia się gula?


"Zaklinacz Ognia" - Cinda Williams Chima
Książka, którą otrzymałam do recenzji od wydawnictwa Otwarte, niestety okazała się kompletnym niewypałem. Miałam ogromną ochotę rzucać egzemplarzem o ścianę (ostatnio taką chęć miałam podczas czytania "Ferdydurke"). Wynudziłam się okropnie, zawiodłam się kreacją fantastycznego świata, zmagałam się z irytującymi bohaterami. Nie, to nie na moje nerwy. A mimo to chcę sięgnąć po drugi tom serii (sic!). "Zaklinacz Ognia" miał potencjał, który na razie nie został wykorzystany, ale może zmieni się to w drugiej części? No cóż, zobaczymy.

Gdyby marzenia byłyby rumakami, to żebracy byliby jeźdźcami.

"Dusza cesarza" Brandon Sanderson
Ostatnią książką przeczytaną w minionym miesiącu  jest opowiadanie o Fałszerce Shai. Na zaledwie stu stronach została ujęta bardzo ciekawa historia, przekazująca pewien morał: warto czasami zatrzymać się i poznać czyjąś przeszłość, zanim zacznie się oceniać daną jednostkę. To wszystko ujęte w fantastycznej otoczce. "Dusza cesarza" była moim pierwszym spotkaniem z twórczością Sandersona i, w jego przypadku, również wiem, że nie ostatnim. 

Wuj nauczył Shai, że porażka jest częścią życia. Niezależnie od tego, jak dobrym się było, zawsze był ktoś jeszcze lepszy. Jeśli człowiek postępował w życiu zgodnie z tą wiedzą, nigdy nie nabierał nadmiernej pewności siebie i nie stawał się niedbały.


Pięć książek w ciągu miesiąca to wynik, z którego jestem zadowolona. Sierpień był miesiącem, w którym przeczytałam zarówno jedną z najlepszych książek w tym roku, jak i jedną z najgorszych. Udało mi się też, z czego jestem niezwykle dumna, nawiązać stałą współpracę z wydawnictwem Jaguar. Aktualnie czekam na książki, a już wkrótce - w ciągu maksymalnie kilku tygodni - zobaczycie pierwsze efekty w postaci recenzji.
Jak minął Wam sierpień? Ile książek przeczytaliście? Jesteście już gotowi na nowy rok szkolny?

26 sierpnia 2017

(44) Kolejny popularny niewypał, czyli "Zaklinacz Ognia"


   "Zaklinacz Ognia" zapowiadał się naprawdę dobrze. Ciekawy i lubiany główny wątek walki z okrutnym władcą, mnóstwo akcji i... smoki (kto nie lubi smoków?). Niestety, na etapie tworzenia tej powieści prawdopodobnie coś poszło nie tak. Pierwsze spotkanie z twórczością amerykańskiej autorki, Cindy Williams Chimy, znanej z takich serii jak Kroniki Dziedziców czy Siedem Królestw, z pewnością nie było udane. Nie jestem pewna, czy po takim rozczarowaniu będę chciała sięgać po innej książki, które wyszły spod pióra (klawiatury?) tej pani. No cóż, zobaczymy, może dam jej drugą szansę na zachwycenie mnie.

   Wojna praktycznie zawsze niesie za sobą wiele ofiar. W przypadku konfliktu Ardenu z Fellsmarchem jest ich wyjątkowo dużo ze względu na władcę pierwszego tych królestw, króla Gerarda. Mężczyzna nie ugnie się przed niczym, aby tylko zapanować nad całym kontynentem. Jest zdolny nawet do zniewolenia czarodziejów. Przeciwko temu okrutnemu monarsze występują Adrian, królewski syn Fellsmarchu oraz Jenna, na karku której znajduje się tajemnicze zdanie, a jej serce bije w rytmie płomieni. Dwójka tych młodych ludzi ma własne powody, aby nienawidzić Gerarda. Osobno występują przeciwko niemu, a wkrótce ich losy splatają się na ardeńskim dworze. Życie postawi przed nimi wiele przeszkód, które będą musieli pokonać, aby wypełnić swoje cele. Prawda o ich przeznaczeniu okaże się równie niebezpieczna.

   "Zaklinacz Ognia" jest zwyczajnie nudny. Nie udało mu się niczym mnie zaskoczyć ani wzbudzić mojej ciekawości. Nawet te dynamiczne wydarzenia zostały przeze mnie skomentowane ziewaniem. Ani razu nie zastanawiałam się, co za chwilę się wydarzy, a zamiast tego sprawdzałam, ile jeszcze stron do końca lub nawet byłam bliska rzucaniu książką o ścianę (a to nie zdarza mi się zbyt często). Naprawdę, okropnie się wymęczyłam i dotarcie do końca przyniosło mi ogromną ulgę. Nie musiałam się już dłużej zmagać z tą lekturą, a tym bardziej z fatalnym wątkiem miłosnym tam zawartym. Naprawdę, kiedy myślałam, że nie może być już gorzej, autorka postanowiła zesłać uczucie na dwójkę protagonistów. Co z tego, że chłopak i dziewczyna dopiero się poznali? Niech się (namiętnie) pocałują, albo od razu wpakujmy ich do łóżka, będzie fajnie! Na całe szczęście, Adrian w porę się opanował i nie pozwolił na "coś więcej".

   Narzekam i narzekam, więc może chociaż bohaterowie ratują sprawę? No nie, niestety. Każda z postaci występujących w książce jest doskonała w roli, która została jej przypisana przez autorkę. I tak Adrian, zwany również Ashem, jest niesamowitym i uzdolnionym uzdrowicielem, Lila to znakomita przemytniczka, Destin Karn to człowiek niezwykle inteligentny, królowa Fellsmarchu jest miłosierną i dobrą dla swego ludu władczynią, natomiast jej wróg, monarcha Ardenu, Gerard, to okrutny despota. A Jenna... Jenna to Mary Sue w czystej postaci. Przez to idealne dopasowanie masek, bohaterowie stali się odrealnieni, niezbyt intrygujący, nierzadko również zwyczajnie irytujący.

   Cinda Williams Chima nie poradziła sobie również z wykreowaniem świata. Jest on bardzo delikatnie zarysowany: wiemy, że są jakieś królestwa, Fells oraz Arden, czytamy co nieco o akademii dla uzdrowicieli, mamy minimalne pojęcie na temat sytuacji politycznej i powodu, dla którego toczy się wojna. Pojawiają się również inne drobne elementy, ale to wszystko nie składa się w spójną całość. To tak jakbyśmy układali puzzle i część kawałków układanki zwyczajnie by zaginęła. High fantasy to gatunek opierający się właśnie na tym, że wrzucamy bohaterów i wydarzenia do całkiem nowego, nierzadko magicznego świata, powstałego w czyjejś wyobraźni. Tutaj dostajemy jedynie jakieś szczątki. Być może sytuacja nie wyglądałaby tak źle i czytelnikowi byłoby łatwiej, gdyby w egzemplarzu znalazła się mapka świata.

   Niestety, tom otwierający serię "Starcie Królestw" nie spełnił moich oczekiwań. Wynudziłam się okropnie, powkurzałam się na bohaterów, załamałam ręce nad kiepskim przedstawieniem miejsca akcji. Widzę potencjał "Zaklinacza Ognia", który nie został ani trochę wykorzystany. Ubolewam nad tym faktem i mam ogromną nadzieję, że drugi tom, jeszcze nie wydany w Polsce, wypadnie lepiej. Zasadniczo nie polecam tej książki, no chyba że jakimś cudem jesteście jej ciekawi i zignorujecie przytoczone przeze mnie wady.

★★✰✰✰✰

liczba stron: 480, wydawnictwo Moondrive, przekład: Dorota Dziewońska
fantastyka, high fantasy

Książka bierze udział w wyzwaniu: Olimpiada czytelnicza.
Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję wydawnictwu Otwarte.

23 sierpnia 2017

(43) Marzenie wiejskiej dziewczyny: "Widząca"


   Na którąś z powieści Olgi Gromyko miałam ochotę już od dawna. Nic więc dziwnego, że kiedy zauważyłam "Widzącą" na bibliotecznej półce, postanowiłam sobie ją wypożyczyć. Spodziewałam się, że dostanę interesującą młodzieżówkę z charyzmatycznymi bohaterami. No i ostatecznie moje oczekiwania zostały spełnione. Czas, który dane mi było spędzić z pierwszym tomem trylogii Rok szczura z pewnością nie został stracony. Bawiłam się świetnie pomimo (pozornej) nudy. Ryska jest zwykłą wiejską dziewczyną, która marzy tylko o tym, żeby mieć spokojny dom i gromadkę dzieci. Żara nęci bogate i wygodne życie, natomiast Alk pragnie sławy i władzy. Losy tej trójki splatają się w jedno i wkrótce wyruszają w podróż... Po drodze czeka ich mnóstwo niebezpieczeństw oraz konieczność podejmowania wyborów, które nigdy się nie śniły prostej wieśniaczce.

   Fabuła "Widzącej" zdecydowanie nie należy do odkrywczych, pełnych intryg, zachwycających. Ot, mamy grupkę głównych bohaterów, która podróżuje, po drodze napotykając się na różne przeszkody: czy to w postaci podłych ludzi czy niebezpiecznych stworów. Jednak nawet te przygody nie bywają szczególnie ciekawe. Momentami akcja wlecze się niesamowicie i człowiek zadaje sobie pytanie: kiedy coś zacznie się dziać? Miało to miejsce szczególnie na początku, podczas bardzo obszernego wprowadzenia do świata i przedstawienia dzieciństwa głównej bohaterki. Gdyby nie naprawdę zgrabnie napisane dialogi, które nie raz sprawiały, że na mojej twarzy gościł szeroki uśmiech, książka byłaby po prostu nudna.

   Bohaterowie są charyzmatyczni, nie sposób ich chociaż minimalnie nie polubić. Fakt, Ryska potrafiła mocno irytować, jednak wybaczam jej - w końcu wychowała się w niezwykle prostym środowisku, w którym coś jest albo dobre, albo złe, a wykształcenie i wiedza o świecie są całkowicie zaniedbane. Żar bywa dwulicowy, ale w gruncie rzeczy jest dosyć sympatyczny. Jego upór niekiedy doprowadza właśnie do wspomnianych zabawnych dialogów, które najczęściej są kłótnią pomiędzy nim a równie zażartym i inteligentnym szczurem. Tak, Alk to szczur, chociaż nie taki zwykły. Zdecydowanie też jest to moja ulubiona postać, najbardziej charakterna.

   Język Olgi Gromyko z początku sprawiał mi trudność. Być może to kwestia tego, że wprowadzonych jest sporo nazw typowych dla świata przedstawionego (np. wieska, tsar, miedźki)? A może to tak naprawdę nie przez język był to ciężki start, a właśnie przez długie wprowadzenie, będące przedstawieniem bohaterów ich życia? Jeśli już jesteśmy przy miejscu i mieszkańcach świata wykreowanego przez autorkę to... Szkoda, że nie został on bardziej rozwinięty. Zostają nam podane dosłownie szczątkowe informacje dotyczące polityki czy praw rządzących krainą. Nie wymagam od "Widzącej" zostania wielowątkowym i wielowymiarowym fantasy, natomiast przydałoby się usystematyzowanie wiedzy o świecie powieści.

   Po kolejne tomy Roku Szczura sięgnę ze względu na charyzmatyczne postaci i zabawne dialogi. Ciekawi mnie też, jak ostatecznie zakończy się podróż naszej wesołej gromadki. Czy polecam Wam "Widzącą"? Jak najbardziej, jeżeli macie ochotę na niezobowiązującą fantastykę, w której nie ma ciągłych pościgów i wybuchów (czy innych rebelii). Nada się również, jeżeli macie ochotę na całkiem niezły humor. Nie spodziewajcie się jednak cudownie wykreowanego świata i zawiłej polityki.

★★★★★✰✰

liczba stron: 484, wydawnictwo Papierowy Księżyc, przekład: Marina Makarevskaya
fantastyka, high fantasy

Książka bierze udział w wyzwaniach: Olimpiada Czytelnicza, ABC Czytania.

19 sierpnia 2017

(42) Powieść niezwykła i epicka: "Królowie Dary"


   Dawno nie spotkałam powieści, która zrobiłaby na mnie aż takie wrażenie. Aż w końcu, po wielu miesiącach leżenia na mojej półce hańby (czyli pełnej nieprzeczytanych książek), sięgnęłam po "Królów Dary". Żałuję, naprawdę żałuję, że aż tak długo z tym zwlekałam. Historia wykreowana przez Kena Liu całkowicie mnie kupiła. Jestem zachwycona tym, co wyszło spod pióra tego amerykańskiego pisarza chińskiego pochodzenia i czekam na moment, kiedy będę mogła sięgnąć po kontynuację.

   Dara, kraina, w której dawniej istniało siedem równouprawnionych królestw, obecnie stała się jednym wielkim imperium rządzonym przez cesarza Mapidérégo. Ten stan rzeczy nie podoba się wygadanemu i cwanemu Kuni Garu oraz walecznemu i nieustraszonemu Macie Zyndu. Obaj młodzi mężczyźni niezależnie od siebie występują przeciwko władcy. Wkrótce ich drogi się schodzą, a między dwojgiem tak różnych ludzi zawiązuje się przyjaźń. Łączy ich upór w dążeniu do celu i walka ze wspólnym wrogiem. Niestety, w pewnym momencie różnice sprawiają, że dawni przyjaciele odchodzą w różnych kierunkach, podzieleni wizjami co do przyszłości świata i innym pojęciem sprawiedliwości.

   Zaskoczyła mnie wielowątkowość "Królów Dary". Po przeczytaniu opisu spodziewałam się historii o dwóch rebeliantach i, ewentualnie, ludziach będących wokół nich. I faktycznie, to właśnie dostajemy, ale również sporo innych historii. I to było świetne posunięcie, mimo tego, że z początku można się pogubić. Na ratunek przychodzi spis najważniejszych bohaterów, do którego zaglądałam wielokrotnie, podobnie jak do mapki Dary. Książka do reszty mnie wciągnęła i na długo po jej skończeniu nie pozwala o sobie zapomnieć. Jestem całkowicie zauroczona tym, co stworzył Ken Liu.

   Bohaterowie nie są czarno-biali i chwała im za to! Niby mamy podzielenie na pozytywne i negatywne postaci (rebelianci kontra cesarz i jego otoczenie), jednak są oni przedstawiani w taki sposób, że czytelnik jest w stanie polubić złych i nienawidzić dobrych. Sam Kuni Garu niejednokrotnie powtarzał, że Mapidéré nie był jednoznaczny: fakt, doprowadził do śmierci wielu osób, ale jednocześnie przyczynił się na przykład do rozwoju gospodarczego poszczególnych regionów, a jego idea zjednoczenia sama w sobie nie była zła. To tylko jeden z wielu tego typu przykładów. Mój ulubiony bohater to z pewnością wspomniany już Kuni. Urzekło mnie jego podejście do życia i patrzenie na różne sprawy jak najszerzej, starał się zawsze dostrzegać dwie strony medalu. Jest to mężczyzna sprytny, mądry i czarujący. Na uwagę zasługują również Mata Zyndu, Jia Matiza, Torulu Pering, bracia Miro, Lügo Crupo czy Goran Pira i wielu innych.

   Nie mogę nie napisać nic o polskim wydaniu tej książki. Jest przepiękne! Lekko powiększony format, czarna, dosyć minimalistyczna okładka ze znakiem szczególnym powieści - kwiatem mlecza, twarda oprawa, mapka i spis bohaterów, dmuchawce jako przerywniki poszczególnych części rozdziałów, świetna praca korekty... Wydawnictwo SQN wykonało kawał dobrej roboty. Jestem pewna, że kolekcja książek z serii Pod sztandarem dzikiego kwiatu będzie się cudownie prezentować na półce.

   Ciężko mi pisać recenzję książki, która całkowicie podbiła moje serce i z pewnością stała się jedną z ulubionych. Starałam się uniknąć samych zachwytów w moim tekście, jednak i tak chyba średnio mi to wyszło. Zdecydowanie nie mogę się doczekać, aż w moje ręce trafi "Ściana burz" i dane mi będzie poznać dalsze losy bohaterów Dary. Jak z pewnością możecie wywnioskować, z czystym sumieniem polecam Wam tę pozycję. To kawał dobrego high fantasy, który, moim zdaniem, warto znać.

★★★★★★★★★

liczba stron: 589, wydawnictwo SQN, przekład: Agnieszka Brodzik
fantastyka, high fantasy

Książka bierze udział w wyzwaniach: ABC Czytania, Olimpiada Czytelnicza,
Wakacyjne wyczytywanie 2017.

16 sierpnia 2017

The Emoji Book Tag

   Kolejny tag. Jak pewnie zauważyliście, ostatnimi czasy pojawia się ich u mnie dosyć dużo - jak na razie w trybie po dwa miesięcznie, ale zastanawiam się nad jednym tego typu postem w ciągu trzydziestu dni. Co o tym myślicie? Dziś zapraszam Was na Emoji Book Tag, do którego nominację otrzymałam od Magic Wizard - Zaczytanej w fantastyce. Serdecznie dziękuję!

UWAGA, SPOILERY!

1. Broken heart, czyli książka, która złamała mi serce.
(Ania z Zielonego Wzgórza) Słowu pisanemu ciężko zrobić na mnie tak ogromne wrażenie, żebym mogła stwierdzić na przykład, że złamała mi serce. Co najwyżej mogę mieć kaca książkowego... W każdym razie, smutno było mi podczas czytania o śmierci Mateusza Cuthberta w pierwszej części przygód Ani Shirley.

2. Loudly Crying Face, czyli książka, której zakończenie mnie wzruszyło.
(Mój Siergiej. Opowieść o miłości) Niezwykle wzruszyła i wręcz zasmuciła śmierć Siergieja, tym bardziej, że to zdarzyło się naprawdę. Nadal nie mogę uwierzyć, że świat stracił tak wspaniałego (taki obraz wynika przynajmniej z opisu jego ukochanej, Jekatieriny) i utalentowanego młodego łyżwiarza. 

3. Face with Tears of Joy, czyli książka, przy której płakałam ze śmiechu.
(Widząca) Co prawda nadal czytam "Widzącą" Olgi Gromyko, ale to chyba jedyna powieść, którą pamiętam, przy której moje reakcje były (są) najbliższe śmiechowi. Chciałabym wstawić tutaj osławiony przez humor "Nomen omen" Marty Kisiel, no ale... Jej żarty chyba do mnie nie przemawiają.

4. Face Screaming in Fear, czyli książka, która mnie zszokowała.
(Bez strachu. Jak umiera człowiek) Książka, która jest reportażem i wywiadem rzeką idealnie nadaje się do tej kategorii. W skrócie, opowiada ona o tym, co dzieje się z naszym ciałem po śmierci - kto i jak się nim zajmuje i gdzie trafia na okres między utratą życia a pochowaniem w ziemi. Niesamowita pozycja.

5. Smiling Face with Horns, czyli mój ulubiony czarny charakter.
(Królowie Dary) Co prawda, w książce Kena Liu nie jest zupełnie jasno powiedziane, kto jest po dobrej stronie mocy, a kto po złej, ale to jednak cesarz Mapidére może kojarzyć się negatywnie. Osobistości tej samej w sobie nie lubię, ale przynajmniej nie jest czarno-biały, jak większość "czarnych" charakterów, którzy kojarzą mi się ze złowrogą miną, mroczną powiewającą peleryną i chęcią zawładnięcia całym światem. :D 

6. Recreational Vehicle, czyli książka, w której bohaterowie dużo podróżowali.
(Prawdodziejka) Stwierdziłam, że postawienie w tej kategorii na powieści Tolkiena to zbyt oczywisty wybór, dlatego zdecydowałam się na "Prawdodziejkę". Bohaterowie tego młodzieżowego fantasy wciąż przemieszczają się z miejsca na miejsce i, co ciekawe,  nie tylko lądem, ale również przez morze.

7. Full Moon Symbol, czyli książka, w której występują wilkołaki.
(Złodziej dusz) Ha, widzicie, nawet dla Stefana, kierowcy Dory Wilk i Mirona, znalazła się kategoria!

8. Open Book, czyli książka, której nie możesz doczytać.
(Wojny żywiołów. Przebudzenie ziemi: Udręczeni) Piszę to z ogromnym bólem serca, ale naprawdę mam kłopot z dokończeniem książki pana Michała Podbielskiego. Mam nadzieję wkrótce jednak zebrać się w sobie i ją dokończyć, bo fabularnie nie wydaje się zła, serio!

9. Christmas Tree, czyli książka idealna na Boże Narodzenie.
(Sabriel) Ja sama czytałam pierwszy tom o Starym Królestwie w okolicach zimowych świąt i to była naprawdę dobra lektura na ten czas. Przyjemna, wciągająca, jednocześnie nieszczególnie ciężka, ale nie naiwna - czego chcieć więcej na około świąteczny i noworoczny wypoczynek?

10. Wedding, czyli książka z pięknym ślubem.
(Wymarzony dom Ani) Znowu stawiam na powieść Lucy Maud Montgomery, no ale zwyczajnie nie mogę podać w tej kategorii czegoś innego niż pięknego ślubu Gilberta i Ani! Lubię go zarówno w wersji papierowej, jak i na ekranie, w serialu, w którym główną rolę odegrała Megan Follows.

Do zabawy zapraszam: 

12 sierpnia 2017

(41) Miały być salwy śmiechu, a nie było: "Nomen omen"


   Książki Marty Kisiel chodziły za mną od dawna. Dzięki wielu pozytywnym opiniom, na które trafiałam, wyrobiłam sobie o nich zdanie prześmiesznych i pełnych absurdu. I może faktycznie jest tak w przypadku "Dożywocia", które już z samego opisu jest dosyć... no, nietypowe, tak niestety nie znalazłam tego w "Nomen omen". Fakt, zdarzały się momenty, w których kącik ust mi zadrgał w delikatnym uśmiechu, jednak zdecydowanie nie jest to, czego się spodziewałam. Nie zrozumcie mnie źle, historia rudowłosej Salomei Przygody nie jest zła, nie oczekujcie po niej jednak pretekstu do wybuchów śmiechem. 

   Zacznijmy od początku: o czym jest ten cały "Nomen omen"? O wspomnianej już Salce Przygodzie, młodej kobiecie, która pragnie uwolnić się od swojej dosyć nietypowej rodziny. Nie jestem pewna, czy to słowo jest odpowiednie, aby określić matkę, która z ogromną zawziętością pragnie wyzwolić "rozbuchany erotyzm" córki, ojca, który mentalnie żyje w XIX wieku i brata, Niedasia, który jest zwyczajnie nie do zniesienia. Bohaterka trafia do Wrocławia, a tam jest dane jej zamieszkać w starej willi przy Lipowej pięć. Na stancji panuje żelazna dyscyplina, współlokatorem Salomei staje się papuga żywiąca się wafelkami, a na dodatek jej ukochany brat próbuje utopić ją w Odrze... A to dopiero początek przygód, które czekają na pannę Przygodę w stolicy Dolnego Śląska.

   "Nomen omen" z pewnością czyta się dosyć szybko, lektura potrafi wciągnąć. Nie udało jej się jednak wywołać u mnie emocji, nie parskałam przy niej śmiechem i bez problemu mogłam ją czytać w komunikacji miejskiej, bez obawy o to, że współpasażerowie będą na mnie spoglądać spode łba. Mniej więcej w połowie książki odczuwałam zmęczenie i zastanawiałam się, kiedy nadejdzie koniec. Na szczęście, to dosyć szybko minęło. Spodobało mi się dodanie wątku związanego z wojennym Breslau. Niestety, samo zakończenie powieści zaczęło powiewać czymś przereklamowanym i nie do końca przypadło mi do gustu.

   Salomea Klementyna Przygoda to... miła dziewczyna, a właściwie młoda kobieta. Sympatyczna, inteligentna. Osóbka, którą zwyczajnie da się polubić. Nie wyróżnia się jednak niczym z tłumu, przynajmniej jeżeli weźmiemy pod uwagę jej charakter. W końcu "rozbuchany erotyzm", który jest cechą wyglądu bohaterki, zapewne przywołuje wzrok zwyczajnych przechodniów. No dobrze, Salka nie jest jednak jedyną postacią. Warto wspomnieć także o Niedasiu, właściwie Adamie Joachimie Przygodzie, studencie wrocławskiej politechniki. No cóż, mam mieszane uczucia co do tego człowieka. Momentami bywał bardzo irytujący (odczuwałam to nie tylko ja, czytelniczka, ale niewątpliwie też jego starsza siostra), ale ostatecznie, z jakiegoś powodu, go polubiłam. Moją sympatię zyskała też Basia, która przez niski wzrost i złociste długie włosy przypominała mi nieco... mnie samą. Ciekawym elementem "Nomen omen" stała się również Matylda wraz... z innymi bohaterkami wokół niej. No i oczywiście Roy Keane (nie, nie ten piłkarz tylko wafelkożerna papuga), który faktycznie wprowadzał trochę humoru!

   Historię czytało się przyjemnie i dosyć szybko, szczególnie podczas wielogodzinnej podróży samochodem. Nie zachwyciła mnie, nie wywoływała salw śmiechu, ale ostatecznie jednak się spodobała. Nie żałuję czasu spędzonego z tą lekturą. Komu polecam? Osobom szukającej dość lekkiej, ciekawej fantastyki. Może Wy odnajdziecie powody do gromkiego śmiechu w "Nomen omen"?

★★★★★★★✰✰✰

liczba stron: 331, wydawnictwo Uroboros
fantastyka, low fantasy, urban fantasy

Książka bierze udział w wyzwaniach: Olimpiada czytelnicza, ABC czytania.

09 sierpnia 2017

(40) My, Słowianie XXI wieku: "Szeptucha"


   Niedawno skończyłam czytać "Szeptuchę". Książka ta oczarowała mnie na swój sposób,  z drugiej strony, mam do niej dosyć mieszane uczucia. Podobała mi się i to nie pozostawia wątpliwości, natomiast nie nazwałabym jej genialną, a z takim określeniem się już niejednokrotnie spotkałam. Z pewnością jest to historia godna uwagi, szczególnie dla osób, które interesują się kulturą i religią pradawnych Słowian i są ciekawi, jak by to wyglądało w dwudziestym pierwszym wieku. No właśnie - co by się stało, jeżeli Mieszko I nie przyjąłby chrztu? Zapewne nadal wyznawalibyśmy Świętowita, Swarożyca czy Welesa...

   Gosia, a właściwie Gosława, właśnie ukończyła studia lekarskie. Zamiast pracy w szpitalu, czekają ją jednak obowiązkowe roczne praktyki u szeptuchy, wiejskiej znachorki, będącej podstawowym ogniwem polskiej służby zdrowia. Młoda kobieta bardzo niechętnie udaje się do małej miejscowości pośród Gór Świętokrzyskich, gdzie będzie narażona na ugryzienia kleszczy (a co za tym idzie - na boreliozę) i inne leśne paskudztwa. Nie spodziewa się jednak, że może tam spotkać miłość swojego życia. Nie wie też, że spotkanie najprzystojniejszego mężczyzny nie będzie jedyną niespodzianką, jaką zgotował jej los.

   Słowiańska Polska dwudziestego pierwszego wieku całkowicie mnie kupiła. Spodziewałam się tego - w końcu głównie ze względu na ów motyw zdecydowałam się sięgnąć po "Szeptuchę". Jeśli mnie znacie, pewnie wiecie, że romans mnie niezbyt interesuje, a jest on zapowiedziany już na okładce. I przyznaję, poza pewnymi momentami (tj. myślami Gosławy na temat mężczyzny jej życia), wątek miłosny mi nie przeszkadzał. Wręcz przeciwnie, ujął mnie na swój sposób. "Szeptucha" stała się też pretekstem do rozważań, czy gdyby Polska nie przyjęła chrztu, faktycznie wyglądałaby tak jak dziś, tylko że wierzylibyśmy w innych bogów? Czy wszystkie rozwiązania techniczne zostałyby przez nas przyswojone z zachodu, czy może całkowicie odcięlibyśmy się od chrześcijańskiej Europy? A może inne kraje także zostałyby przy swoich religiach, a wiara w Chrystusa wcale nie byłaby dominująca na świecie?

   Gosia... Bogowie, jak ta kobieta mnie irytowała. O ile byłam w stanie znieść jej hipochondrię, o tyle rozważania na temat Mieszka, szczególnie już po pierwszym spotkaniu, były zwyczajnie wkurzające. Czasami miałam wrażenie, jakby instynkt brał nad nią górę, jakby zatraciła swój rozum, który jednak musiała posiadać, skoro udało jej się ukończyć medycynę. Mieszko natomiast... No cóż, w pewien sposób mnie ujął, z drugiej strony wiem, że jest on dosyć wyidealizowany. Nie jestem pewna, czy sama chciałabym mieć z takim mężczyzną do czynienia. Sprawiał wrażenie, jakby nie miał wad. Natomiast ogromną sympatią zapałałam do tytułowej bohaterki - Baby Jagi! Ta kobieta stała się nie tylko przyczyną humorystycznych momentów, ale również niezwykle ciepłą osobą, będącą z Gosławą na dobre i na złe. 

   Język Katarzyny Bereniki Miszczuk jest prosty i z pewnością trafi do wielu. Książkę czyta się bardzo szybko, na swój sposób też wciąga (pomimo irytującej protagonistki). Po prostu chce się dowiedzieć, co następnie się wydarzy - szczególnie w drugiej połowie połowie powieści, kiedy akcja rozkręca się na dobre. Niezwykle przypadło mi do gustu również wydanie "Szeptuchy" - okładka przyciąga wzrok, a czerwony grzbiet zwyczajnie ładnie prezentuje się na półce (szczególnie w towarzystwie kolejnych tomów cyklu - pomimo różnych kolorów, stanowią jedną całość). 

   Historię Gosławy Brzózki polecam. Komu? Przede wszystkim osobom, które, tak jak ja, są skuszone wizją dzisiejszego świata połączonego z wierzeniami słowiańskimi. Również fani romansu okraszonego nutką fantastyki nie powinni być zawiedzeni. Ja "Szeptuchę" będę bardzo miło wspominać i chętnie zabiorę się za kolejne części serii "Kwiat paproci"!

★★★★★★★✰✰✰

liczba stron: 415, wydawnictwo W.A.B.
fantastyka, historia alternatywna, urban (rural) fantasy, mitologia słowiańska

Książka bierze udział w wyzwaniu: Olimpiada Czytelnicza.

05 sierpnia 2017

(39) Przeciętność we wspaniałym świecie: "Cień i kość"


   Leigh Bardugo znana jest z głośnej ostatnio powieści o szóstce wyrzutków, którzy postanawiają udać się na samobójczą misję. Przyznaję, przygodę z twórczością autorki chciałam rozpocząć właśnie od tej historii, los jednak sprawił mi psikusa i podsunął mi "Cień i kość". Wstęp do Trylogii Grisza to jednocześnie debiut amerykańskiej pisarki. Czy udany? Ciężko mi jednoznacznie na to odpowiedzieć. Opowieść o Alinie Starkov ma jednocześnie sporo zalet i podobną ilość wad. Już teraz jednak mogę napisać, że kontynuację mam w planach, a to jest chyba dobry znak, czyż nie?

   Ravka, fantastyczne państwo inspirowane Imperialną Rosją, to państwo szargane wojnami, a na dodatek rozdzielone tajemniczą i przerażającą Fałdą Cienia. W nieprzeniknionej ciemności czają się potwory godne najgorszych koszmarów. Kiedy wydaje się, że twór ten na zawsze będzie zmorą mieszkańców Ravki, pojawia się młodziutka dziewczyna, a wraz z nią rozkwita nadzieja. To właśnie Alina Starkov, niczym nie wyróżniająca się osobowość, okazuje się być kimś więcej niż wszyscy wokół myśleli. Jej tajemnicza moc ujawnia się w momencie zagrożenia życia jej przyjaciela z dzieciństwa, Mala. Wydarzenie to jest niewinnym początkiem czegoś, co może odmienić losy świata. Po takim obrocie spraw, Alina zostaje siłą zaciągnięta na dwór królewski, gdzie nie tylko będzie się uczyć na Griszę, ale też zmierzy się z sekretami nie tylko magicznej elity, ale także... własnego serca.

   Niezwykle spodobał mi się świat wykreowany przez Bardugo. Wyraźnie dało się odczuć inspirację Rosją za sprawą nie jedynie imion i nazwisk, ale też nazw miast, języka, którym posługiwali się sami bohaterowie czy nawet faktu, że pojawiły się cerkwie. Ravka jawiła mi się jako kraina niezwykle intrygująca, miejsce, które chciałabym odwiedzić. Również Griszowie, elita, wydała mi się ciekawym pomysłem, choć nie do końca oryginalnym. W końcu podobne stowarzyszenia istot nadnaturalnych (na przykład posługujących się magią) nie są pomysłem nowym, wręcz dosyć popularnym w literaturze fantasy. Nie mniej jednak, umieszczenie ich akurat w Ravce i stworzenie otoczki wokół nich było strzałem w dziesiątkę.

    Fabuła to, niestety, chyba najgorzej wypadający aspekt tej powieści. Nie zrozumcie mnie źle: nie było ani nudno, ani nielogicznie, całość wręcz czytało się niezwykle szybko (chociaż to raczej zasługa lekkiego stylu). Sęk w tym, że podobny ciąg wydarzeń można znaleźć w wielu innych książkach z gatunku fantasy młodzieżowego. To sprawia, że "Cień i kość" jest po prostu do bólu przewidywalna i na tym polu raczej nie zaskoczy kogoś, kto czyta nie od dziś. Szkoda, bo ciekawy świat Ravki i Griszów w niej żyjących stwarza dosyć spore pole do popisu. Jestem zdania, że można było stworzyć coś niesztampowego, ciekawego i porywającego. A wyszło, w najlepszym przypadku, dosyć przeciętnie.

   Alina Starkov, na swoje szczęście, okazała się nie być zanadto irytująca. Wręcz przeciwnie - nie wywołała u mnie właściwie żadnych emocji: ani jej nie kibicowałam, ani nie cieszyłam się z jej każdego upadku. Nie uważam, żeby była to postać dobrze wykreowana. Właściwie, ciężko mi jest tak nazwać jakąkolwiek osobę mającą swój udział w tej historii. Sympatią jednak zapałałam do tajemniczego Darklinga, ale podejrzewam, że to kwestia wyłącznie mojej słabości do tego typu bohaterów. W porządku również była Genia, rudowłosa Grisza, która stała się przynajmniej dobrą koleżanką Aliny. Warto też wspomnieć o Malu, towarzyszu protagonistki od najmłodszych lat. Mówiąc szczerze, on również stał mi się raczej obojętny, odebrałam go jednak troszeczkę cieplej niż pannę Starkov. Nie wyróżnia się on jednak pośród wielu tego typu bohaterów.

   Możecie pomyśleć, że ta książka mi się nie spodobała - w końcu narzekam na właściwie najważniejsze składowe, czyli fabułę i bohaterów. Mnie też to dziwi, ale "Cień i kość" jako całość odebrałam naprawdę dobrze! Chętnie sięgnę po kontynuację z nadzieją, że okaże się dużo lepsza. Szczerze mówiąc, jestem też zwyczajnie zaintrygowana rozwojem wydarzeń, chociaż mam już pewne domysły na temat tego, jak historia się potoczy. Debiut Bardugo z czystym sumieniem polecam osobom, które lubią niewymagającą fantastykę.

★★★★★★✰✰✰✰

liczba stron: 378, wydawnictwo Papierowy Księżyc, przekład: Anna Pochłódka-Wątorek
fantastyka, high fantasy

Książka bierze udział w wyzwaniach: ABC CzytaniaOlimpiada Czytelnicza.

02 sierpnia 2017

Sierpniowe zapowiedzi wydawnicze

W sierpniu znalazłam zaledwie trzy pozycje, które mnie zainteresowały. Przeglądając oferty wydawnictw zauważyłam jednak, że we wrześniu będzie ich sporo więcej. Taki miesiąc odpoczynku od nowości jest bardzo pożądany dla mojego portfela. :D Jedną z przedstawionych tutaj pozycji na 100% kupię, gdyż postanowiłam zebrać kolekcję książek Gaimana wydanych właśnie w tych okładkach.


Kiedy małemu dziecku udaje się uciec przed mordercą zamierzającym zabić całą rodzinę, kto mógłby przypuszczać, że schronienia udzieli mu miejscowy cmentarz? Wychowany przez zamieszkujące go duchy, zjawy i widma, Nik musi uczyć się życia od umarłych. Ale wciąż grozi mu niebezpieczeństwo, bo morderca nie ustaje w wysiłkach, żeby dokończyć swoje zadanie...

Koncept książki Neil Gaiman zapożyczył z Księgi dżungli. Tam niemowlę wychowywały zwierzęta, tutaj - duchy umarłych. 



Trwa wojna między królestwami Arden i Fellsmarch. Władca Ardenu Gerard nie cofnie się przed niczym, żeby zapanować nad całym kontynentem - nawet przed zniewoleniem czarodziejów. Na jego drodze staje jednak dwoje ludzi, których uczucia zranił za bardzo. Adrian, syn Wielkiego Maga i królowej Fellsmarchu, marzy o tym, by zostać magicznym uzdrowicielem. Gdy jego ojciec ginie w zasadzce wroga, poprzysięga zemstę i doskonali znajomość trucizn. Jenna ma na karku tajemnicze znamię, a jej serce bije w rytm płomieni. Przez lata zmuszana była do pracy w kopalniach miasta Delphi. Przyłącza się do walki, gdy żołnierze Ardenu zabijają jej przyjaciół. Wspólny cel splata losy Adriana i Jenny na ardeńskim dworze. Aby pokonać Gerarda, będą musieli odnaleźć się w świecie, gdzie nie ma prostego podziału na dobro i zło...



Eseje zawarte w tym tomie Haruki Murakami zaczął pisać mniej więcej sześć lat temu. Już znacznie wcześniej czuł potrzebę, by opowiedzieć czytelnikom o swojej twórczości i o tym, jak to jest być pisarzem. Teksty z tej książki mogą być potraktowane jak eseje autobiograficzne, ale Murakami pisząc je, nie miał takiej świadomości. Chciał tylko pokazać swoją pisarską drogę i podzielić się refleksjami na temat twórczości w ogóle. "Nie bardzo wiem na ile te w pewnym sensie egocentryczne, prywatne teksty - będące raczej zapisem prywatnych spekulacji na temat procesu pisania niż przesłaniami - przydadzą się czytelnikom. Bardzo bym się cieszył, gdyby naprawdę się komuś przydały."
layout by oreuis