12 sierpnia 2017

(41) Miały być salwy śmiechu, a nie było: "Nomen omen"


   Książki Marty Kisiel chodziły za mną od dawna. Dzięki wielu pozytywnym opiniom, na które trafiałam, wyrobiłam sobie o nich zdanie prześmiesznych i pełnych absurdu. I może faktycznie jest tak w przypadku "Dożywocia", które już z samego opisu jest dosyć... no, nietypowe, tak niestety nie znalazłam tego w "Nomen omen". Fakt, zdarzały się momenty, w których kącik ust mi zadrgał w delikatnym uśmiechu, jednak zdecydowanie nie jest to, czego się spodziewałam. Nie zrozumcie mnie źle, historia rudowłosej Salomei Przygody nie jest zła, nie oczekujcie po niej jednak pretekstu do wybuchów śmiechem. 

   Zacznijmy od początku: o czym jest ten cały "Nomen omen"? O wspomnianej już Salce Przygodzie, młodej kobiecie, która pragnie uwolnić się od swojej dosyć nietypowej rodziny. Nie jestem pewna, czy to słowo jest odpowiednie, aby określić matkę, która z ogromną zawziętością pragnie wyzwolić "rozbuchany erotyzm" córki, ojca, który mentalnie żyje w XIX wieku i brata, Niedasia, który jest zwyczajnie nie do zniesienia. Bohaterka trafia do Wrocławia, a tam jest dane jej zamieszkać w starej willi przy Lipowej pięć. Na stancji panuje żelazna dyscyplina, współlokatorem Salomei staje się papuga żywiąca się wafelkami, a na dodatek jej ukochany brat próbuje utopić ją w Odrze... A to dopiero początek przygód, które czekają na pannę Przygodę w stolicy Dolnego Śląska.

   "Nomen omen" z pewnością czyta się dosyć szybko, lektura potrafi wciągnąć. Nie udało jej się jednak wywołać u mnie emocji, nie parskałam przy niej śmiechem i bez problemu mogłam ją czytać w komunikacji miejskiej, bez obawy o to, że współpasażerowie będą na mnie spoglądać spode łba. Mniej więcej w połowie książki odczuwałam zmęczenie i zastanawiałam się, kiedy nadejdzie koniec. Na szczęście, to dosyć szybko minęło. Spodobało mi się dodanie wątku związanego z wojennym Breslau. Niestety, samo zakończenie powieści zaczęło powiewać czymś przereklamowanym i nie do końca przypadło mi do gustu.

   Salomea Klementyna Przygoda to... miła dziewczyna, a właściwie młoda kobieta. Sympatyczna, inteligentna. Osóbka, którą zwyczajnie da się polubić. Nie wyróżnia się jednak niczym z tłumu, przynajmniej jeżeli weźmiemy pod uwagę jej charakter. W końcu "rozbuchany erotyzm", który jest cechą wyglądu bohaterki, zapewne przywołuje wzrok zwyczajnych przechodniów. No dobrze, Salka nie jest jednak jedyną postacią. Warto wspomnieć także o Niedasiu, właściwie Adamie Joachimie Przygodzie, studencie wrocławskiej politechniki. No cóż, mam mieszane uczucia co do tego człowieka. Momentami bywał bardzo irytujący (odczuwałam to nie tylko ja, czytelniczka, ale niewątpliwie też jego starsza siostra), ale ostatecznie, z jakiegoś powodu, go polubiłam. Moją sympatię zyskała też Basia, która przez niski wzrost i złociste długie włosy przypominała mi nieco... mnie samą. Ciekawym elementem "Nomen omen" stała się również Matylda wraz... z innymi bohaterkami wokół niej. No i oczywiście Roy Keane (nie, nie ten piłkarz tylko wafelkożerna papuga), który faktycznie wprowadzał trochę humoru!

   Historię czytało się przyjemnie i dosyć szybko, szczególnie podczas wielogodzinnej podróży samochodem. Nie zachwyciła mnie, nie wywoływała salw śmiechu, ale ostatecznie jednak się spodobała. Nie żałuję czasu spędzonego z tą lekturą. Komu polecam? Osobom szukającej dość lekkiej, ciekawej fantastyki. Może Wy odnajdziecie powody do gromkiego śmiechu w "Nomen omen"?

★★★★★★★✰✰✰

liczba stron: 331, wydawnictwo Uroboros
fantastyka, low fantasy, urban fantasy

Książka bierze udział w wyzwaniach: Olimpiada czytelnicza, ABC czytania.

10 komentarzy:

  1. Jestem ogromną fanką Marty Kisiel, ale przyznaję "Nomen omen" jest nieco słabszą książką (co nie znaczy, że złą). Mimo wszystko "Dożywocie" i "Siła niższa" są o wiele zabawniejsze, ciekawsze i po prostu cudowne.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nomen Omen to bardziej dojrzała książka pani Kisiel i za to lubię ją bardziej. Od niej zaczęła się moja przygoda :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak widzę takie głupie imiona bohaterów i "niby śmieszne" historyjki w stylu topienia w Odrze, które wcale mnie nie bawią to od razu odkładam taką pozycję na bok.
    http://justboooks.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat wątek utopienia w Odrze do tych "śmiesznych" gagów chyba się nie zalicza.

      Usuń
  4. Ja na półce mam "Dożywocie", ale jeżeli mi się spodoba to sięgnę i po "Nomen Omen" :D
    Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
  5. Tyle się chwali tę Martę Kisiel, ale ja jakoś nie mogę się do niej przekonać. Twoja recenzja upewniła mnie, że nie chcę w najbliższym czasie rozpocząć z nią znajomości.

    OdpowiedzUsuń
  6. Przeczekam ten boom na jej książki i może wtedy spróbuję przeczytać cokolwiek tejże pani :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest jakiś boom na książki Kisiel? xD

      Usuń
  7. Jakoś zraziłam się do autorki i myślę, że nie spróbuje ponownego spotkania z nią ;/


    Buziaki,
    coraciemnosci.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  8. Mnie bawiło, ale Dożywocie jest lepsze :D

    OdpowiedzUsuń

layout by oreuis